Metamorfoza salonu

Metamorfoza salonu

Wiem, że tą metamorfozą salonu straszyłam Was już w kilku wpisach. W końcu jest. Choć pomieszczenie już od kilku dobrych miesięcy jest właściwie gotowe, to trudno było mi zebrać się w sobie na zrobienie porządnych zdjęć do tego wpisu. W końcu się udało (a przynajmniej mam taka nadzieję). Zapraszam więc Was dzisiaj na prezentację nowej wersji salonu. A jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądał wcześniej, zapraszam do tego wpisu.

Jeśli porównacie zdjęcia z „przed” i „po” to możecie zauważyć, że największa zmianą, jaka zaszła w tym pomieszczeniu jest dodanie koloru. I to w dość nietypowej formie. Bardzo lubiłam mój biały, jasny salon, ale już trochę mi się znudził. Znudziło mi się też ustawienie mebli – zresztą największy gabarytowo mebel w tym pomieszczeniu – sofę kupowałam specjalnie pod tym kątem, żeby móc zmieniać jej ustawienia – i przy okazji ich zamiany postanowiłam nieco zaszaleć na ścianach. Od jakiegoś czasu bardzo podoba mi się trend na colour blocking we wnętrzach. Tak samo jak i trend na wszelkie obłości, co z jakiegoś powodu nie tylko dodaje wnętrzom elegancji, ale także bardzo współgra z moją ulubioną estetyką – czy to w architekturze, czy sztuce – modernizmem i stylem lat 20., 30., 40. No to po prostu moje klimaty. Połączyłam więc oba te trendy w formie kilku plam koloru na ścianach, podkreślających dane fragmenty wnętrza.

Tą chyba najbardziej rzucającą się w oczy jest zaoblona forma powtarzająca kształt sofy. Jest w kolorze ciemnego, przybrudzonego niebieskiego, który możecie już kojarzyć z metamorfozy kuchni i przedpokoju. Użyłam dokładnie tej samej farby (a właściwie resztek tamtej farby), bo chciałam aby wnętrza nawiązywały do siebie. Jest to kolor o wdzięcznej nazwie z palety Bondex – Sen Elfa. Lubię farby tej marki, bo są dobrej jakości (są to farby ceramiczne) a w przystępnej cenie. Mają też nietypową ale bardzo dobrze dobraną paletę ciekawych kolorów. W ten owalny kształt nad sofą rozciągający się  na dwie prostopadłe do siebie ściany ujęte zostały moje ulubione grafiki – znaną Wam z poprzedniej wersji salonu reprodukcję obrazu Kandinsky’ego (z drugiej ręki), grafikę zakupioną w Szwecji podczas zeszłorocznego tam pobytu, którą tez już pokazywałam na blogu oraz dwie nowości, które czekały na swoją premierę prawie dwa lata – reprodukcje obrazów Matisse’a (właściwie jedną reprodukcję i jedną pocztówkę) przywiezione z muzeum MOMA w Nowym Jorku. Na wszystkich tych grafikach przewija się powtarzający się w salonie kolor ciemnoniebieski, dzięki czemu mimo różnych stylów, tworzą spójna całość.

Sen Elfa pojawia się też w innym miejscu, również strategicznie wybranym. Jest to, jak to nawyzwam, kącik rozrywkowy znajdujący się naprzeciwko sofy. Istniejące już tam półki na książki oraz szafkę vintage z gramofonem i płytami ujęłam w podłużny pas koloru, zakończony łukiem u góry, nawiązującym formą do formy nad sofą. W ten sposób szafka i półki, których odcień drewna jest zupełnie inny, zostały połączony jakby w jeden meble. Bardzo podoba mi się ten efekt. Podoba mi się również, jak kolory drewna kontrastują z niebieskim i podkreślają się nawzajem.

Oprócz ciemnoniebieskiego w salonie pojawił się też drugi kolor, choć na pierwszy rzut oka może niezbyt widoczny. Jest to chłodny beż (którego zresztą tez nie kupowałam, bo pozostał on mojemu bratu po wykończeniu jego mieszkania 😉) kryjący się w niskiej lamperii za sofą i stołem. Lamperie zaprojektowałam na łącznie półtorej ściany – za sofa i stołem oraz za sofą po drugiej jej stronie aż do drzwi. Celowo pominęłam resztę ścian, chciałam je pozostawić białe, co da mi większe możliwości zmian aranżacyjnych w przyszłości. Pas chłodnego beżu nadał tej części pomieszczenia bardziej tradycyjnego charakteru, kojarzącego się z klasycznymi lamperiami. Kolor idealnie zgrał się z nieco chłodniejszym kolorem sofy oraz jasnego dywanu. Wysokość pasa dobrałam tak, aby zza sofy pozostał praktycznie niewidoczny – jest jakby uzupełnieniem tego mebla. Beż spina również część wypoczynkową z jadalnianą oraz obłość granatowego tła obrazów z obłością lustra znad stołu z ostatniego wpisu. Chłodny odcień beżu wydaje mi się dużo bardziej elegancki niż ciepły, ale mimo to wciąż jest cieplejszy niż na przykład szary. Polecam!

Oprócz kolorów na ścianach i kilku nowych dodatków tak naprawdę niewiele się zmieniło w tym pomieszczeniu. Większość wykonanych prac będzie dla Was niewidoczna, bo polegały na oczyszczeniu ścian i wyrównaniu ich i sufitu. Odświeżenie białego koloru również pewnie bardziej widoczne jest dla mnie niż dal Was na zdjęciach 😉 Dal nas dużą różnicę zrobiła tez wymiana plastikowych listew podłogowych na białe z MDF. Teraz mamy już jednolite listwy w całym mieszkaniu. Uważam, że wyglądają one najlepiej (no, może drewniane razem z parkietem wyglądałyby jeszcze lepiej😊).

Gdy wykonaliśmy wszystkie „brudne prace” przyszła pora na ponowne wstawienie mebli i ich nową aranżację. Przede wszystkim to sofa zmieniła ustawienie, co zupełnie odmieniło wygląd tego pomieszczenia. Dzięki wstawieniu jej w narożnik pokoju, zyskaliśmy więcej miejsca na środku. Miejsce dało nam też wyniesienie biurka z salonu. Biurko znalazło swoje miejsce w pokoju do pracy.

Na swoje miejsce wrócił jasny dywan, który razem z sofą został niedawno przez nas oczyszczony, dzięki czemu znów wygląda na nowy (choć ma 8 lat). Tego typu dywany tkane na płasko są właściwie niezniszczalne – nawet przy dwóch kotach i okazjonalnie dzieciach rozlewających różne rzeczy. Stosunkowo łatwo się je czyści, nie mechacą się, koty nie wydzierają z nich nitek mimo wielokrotnego próbowania przez ostrzenie pazurów 😉

Do salonu powróciły też słynne fotele Chierowskiego, które kilka lat temu dostaliśmy od babci mojego narzeczonego i oddaliśmy do renowacji. Na co dzień są ulubionym miejscem do spania dla kotów a okazjonalnie są dodatkowym miejscem do siedzenia dla gości. Są lekkie i poręczne, a przy tym stylowe, bardzo je lubię!

Na swoje miejsce nie wrócił już jednak stolik z pnia drzewa na metalowych nóżkach w stylu hairpin, który samodzielnie wykonaliśmy. Choć służył nam wiernie przez kilka lat, czasem bywał za mały i za ciężki, został wymieniony na nowszy (choć może wcale nie?) model, zresztą również częściowo projekt DIY. Jego kolejne etapy opisywałam tutaj. Jednak stolika-pniaka nie pozbyliśmy się zupełnie – spełnia teraz po prostu inna funkcję – a mianowicie stojaka na rośliny, których mam z roku na rok coraz więcej. Dzięki temu, że jest taki ciężki, spokojnie i stabilnie służy za podstawę dla trzech dużych roślin, które dzięki temu mają łatwiejszy dostęp do światła. Także wszyscy skorzystali na tej zamianie 😊

Do sofy już właściwie na stałe „przyklejony” został szklany stolik na laptopa z Ikei. Odkąd go mamy, zastanawiamy się, jak mogliśmy wcześniej żyć bez niego. Jest mega funkcjonalny. Można sobie usiąść w najlepszym miejscu na sofie czyli w narożniku i odstawić wygodnie (czyli bez sięgania i zmieniania pozycji) herbatę, książkę, telefon czy cokolwiek innego. Albo można dosunąć go z drugiej strony i używać zgodnie z jego pierwotną funkcja czyli jako podstawki na laptop, co było i nadal zresztą jest bardzo pomocne w czasach pracy zdalnej. W dodatku jest lekki, nie zajmuje wiele miejsca i wbrew temu, co się obawiałam, bardzo stabilny. No i niedrogi. Bardzo polecam.

Obok stolika stoi nieodłączna lampa podłogowa, również stary nabytek z Ikei. Przez to, że jest biała i stoi trochę za drzwiami, wtapia się w tło, ale kiedy się siedzi właśnie wciśniętym w kącik, można sobie właśnie tylko taką lampę odpalić, dzięki czemu jest bardzo przytulnie, a daje ona wystarczająco dużo światła, żeby na przykład poczytać sobie książkę.

Na sofę wróciły też poduszki – te same co wcześniej ale w innych poszewkach. Niebieskie zostały dawno temu uszyte przez moją babcię z resztek zasłon z sypialni, ale jakoś do tej pory mi się nie przydały. Teraz za to idealnie pasują do niebieskiego pasa nad nimi. Do nich dobrałam dwie żółte poszewki z Pepco, przypominające w dotyku aksamit, ale nim nie będące i dzięki czemu nie przyciągające tak bardzo kocich włosów. Żółty również powtarza kolory z grafik, dodatkowo koresponduje z nieco żółto-miodowym kolorem stolika kawowego i innych mebli zresztą także. Znalazłam tez ostatnio dawno temu kupioną poszewkę z H&M Home w motyw liści i „rajskich” ptaków – ogólnie jest w kolorach żółto-zielono-niebieskich więc spasowała mi z poduszkami na sofie. Ponieważ mam ją tylko jedną, z drugiej strony dodałam zwykłą mała poduszkę z poszewką z beżowego płótna. Kto by pomyślał, że można się tak rozpisać na temat poszewek? Ja na pewno nie 😉

Stół i krzesła to również „stare” nabytki. Dla przypomnienia – okrągły, rozkładany, dębowy stół o nowoczesnej formie pochodzi ze sklepu internetowego Woodica. Na krzesła natomiast polowałam kilka lat i są to słynne Thonety z giętego buku z plecionkowym siedziskiem, mam jeszcze dwa dodatkowe w piwnicy (na gości). Uwielbiam ten zestaw i myślę, że zostanie ze mną na lata – w tym czy innym mieszkaniu. Tak, prędzej zmienię mieszkanie niż stół i krzesła, tak je lubię. Nad stołem opisywane już przeze mnie w ostatnim wpisie lustro vintage i lampa z drugiej ręki. Teraz możecie zobaczyć, jak prezentują się w pełnej krasie. Dzięki kinkietowi z wiszącym kablem, nie trzeba było wiercić ściany pod doprowadzenie elektryki, czego bardzo chcieliśmy uniknąć. Kiedy chcemy mieć nastrojowe światło do posiłku, możemy teraz wybierać, czy chcemy zapalić sobie świece czy lampkę na stole (również z drugiej ręki) czy może właśnie nowy kinkiet – lampy nie grzeją, co jest zaletą w lecie😉 Na stole kilka małych nowości – taca w złotym kolorze i piękny wazon o organicznej formie z Jyska z także ususzona gipsówka – prawdę mówiąc specjalnie dałam jej uschnąć, wylewając z niej wodę, bo zapach dużego bukietu świeżej gipsówki jest nie do wytrzymania, o czym przekonałam się dopiero po przyniesieniu kwiatków do domu.

Nieco schowany, obok sofy stoi kwietnik również DIY z plastra drewna z stosunkowo nowa rośliną – prezentem od babci narzeczonego – pięknym okazem kaktusa. Kiedy go dostałam, kwitł na czerwono – na każdym zakończeniu „łodygi” znajdował się uroczy, czerwony, dość duży kwiatek. Ale w formie bez kwiatów podoba mi się chyba jeszcze bardziej. Razem z terakotową donicą (do której wcale nie łatwo było mi go przesadzić) tworzy taki śródziemnomorski klimat.

Pozostając w temacie roślin – w salonie mamy kilka naprawdę dużych okazów (oraz kilka mniejszych). To nie są wszystkie, bo część aktualnie jest na wakacjach na balkonie, ale na zimę będzie musiała tu wrócić. Największym jest dorodna monstera, do której specjalnie zbudowaliśmy podstawę, która może wyglądać przy niej nieco rachitycznie, ale działa, jak na razie, przez tych kilka miesięcy nie zawaliła się 😉 Monstera rośnie jak szalona, i gdyby tylko miała większą doniczkę, z pewnością, dawno by mnie przerosła. Dość mocno wyrosła mi tez palma, któryą ustawiłam na podstawie na kółkach (która była oryginalnie pod choinkę). Przyznam, że to był genialny pomysł, bo palma stoi czasem trochę w przejściu na balkon a tak to sobie mogę ja dowolnie przesuwać. Nowością roślinną jest też róża chińska, która w ciągu lata kwitła mi już trzy razy. Ma duże, czerwone kwiaty. Dość szybko rośnie ale też dość szybko wymienia liście, co mnie trochę denerwuje, bo co chwile obrywam suche. Oprócz tego jeszcze trzy okazy na bardzo ładnych podstawach z Jyska. Pierwszy – najmniejszy to mały grubosz, których w mieszkaniu mamy kilka, bardzo je lubimy i często dzielimy się zaszczepkami. W złotej donicy znajduje się stary, dobry zamiokulkas, łatwy w obsłudze a bardzo wdzięczny. Ostatnią, trochę znienawidzoną rośliną są te mizerne liście, które nie wiem jak się nazywają. Czasem wypuszczają pośrodku wysoką łodygę z dużymi, jasnymi kwiatami na końcu w kształcę lilii – może ktoś wie, jak to się nazywa? Jakoś nie chce u mnie rosnąć ta roślina, to chyba moja największa porażka. Listków jest bardzo mało i są bardzo łamliwe – byle dotyk potrafi je złamać wpół. W dodatku nie umieją utrzymać się same – bez podpory połamałyby się wszystkie, choć wydaje mi się, że jak je dostawałam to tak nie było. No nic, chyba oddam ją mamie do „odratowania”, ja już straciłam cierpliwość. Już chyba za dużo o tych roślinach, co? To jeszcze dokończę, że oprócz tych kilku dużych mam tez piękny bluszcz na kredensie oraz kilka sukulentów i gruboszy na parapecie. Te nie sprawiają większych problemów.

Skoro już zaczęłam o kredensie, przejdźmy do niego właśnie. Kredens również nie jest nowym nabytkiem. W poprzedniej wersji salonu stał po przeciwnej stronie pokoju. Lubię ustawiać go pośrodku ściany, dzięki czemu jest najlepiej wyeksponowany. A na tym mi zależy, bo uważam, że jest piękny z swojej prostej formie i zaoblonych narożnikach. Za szybą  – kolekcja kryształów od babci i zestaw do herbaty z Bolesławca. Na kredensie kilka ulubionych drobiazgów – nowa lampa i świeczniki (opisywałam w poprzednim wpisie), bluszcz, pamiątka z Empire State Building z NY oraz zapach z Zara Home o uroczej nazwie Conversations at 10pm. Ma piękną, granatowa butelkę, którą na pewno w jakiś sposób wykorzystam, kiedy skończy się zawartość.

Ostatnim elementem wyposażenia pokoju jest aranżacja kącika rozrywkowego. Drewniane półki ścienne zrobiliśmy samodzielnie. Na nich znajduje się trochę naszych książek i gry planszowe. Pod spodem – szafka RTV vintage – odnowiony prezent od mojej babci. Proces odnawiania opisałam tutaj. Wymieniliśmy wtedy żyłkę na niebieską, co teraz ładnie współgra z niebieską ścianą za szafką. Na szafce stoi nasz ulubiony gramofon i mała lampka, pod spodem stylowy głośnik i ciągle powiększająca się kolekcja płyt. Pod szafkę musiał niestety wrócić robot sprzątający, gdyż okazuje się to dla niego najdogodniejszym miejscem w mieszkaniu.

Całość wystroju salonu dopełniają nowe firanki (gotowe lekkie firanki z Leroy Merlin) oraz zasłony przypominające w dotyku pomięty len, takie same jak w sypialni. Choć bardzo lubiłam poprzednie białe, delikatne zasłony, były już nieco zniszczone i poszarzałe. Te nadają pomieszczeniu więcej wyrazu oraz współgrają z innymi ciemnoniebieskimi elementami.

No i to chyba wszystko. Nie sądziłam, że ten wpis wyjdzie taki długi. Mam nadzieję, że mimo wszystko udało Wam się dobrnąć do końca i nie zanudziłam Was zbytnio. Która wersja salonu podoba Wam się bardziej? Mam nadzieję, że jednak ta, bo na razie nie planuję zmian 😉 Ja jestem bardzo zadowolona z efektu. Choć poprzednia wersja również mi się podobała, po czasie była już zbyt mdła na mój gust, ta ma zdecydowanie więcej charakteru i indywidualności.

Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego!

7 wypowiedzi na temat “Metamorfoza salonu

  1. Świetna metamorfoza. Podoba mi się wprowadzenie ciemnego grafitu. Niby jest to niewielka zmiana, czyli lekkie przemalowanie scian oraz kupienie kilku dekoracji, jednak pomieszczenie nabrało zupełnie innego charakteru Ogólny styl wnętrza się nie zmienił, jednak salon nabrał charakteru. Już wcześniej bardzo mi się podobał, teraz podoba mi się jednak jeszcze bardziej.

    W poszukiwaniu ciekawych dekoracji ściennych polecam jeszcze zajrzeć sobie do Wallpapers:
    https://wallcolors.pl/tapety/4479-tapeta-kaczki.html

    Moim zdaniem mają wiele ciekawych wzorów.

    1. Właściwie jest to ciemny niebieski, nie grafit, może na niektórych zdjęciach faktycznie tak wygląda. Tak, styl wnętrza niewiele się zmienił ale z pewnością kolor dodał trochę zadziorności 😉

  2. Jest przepięknie. Zdradzi Pani jak namalowała te obłości na ścianie? Jakiś szablon? Kusi mnie coś takiego, ale nie wiem czy podołam:) pozdrawiam

    1. Wbrew pozorom wcale nie jest to trudne. Najpierw na ścianie wyznaczamy środek planowanego okręgu czy łuku i tam przyklejamy taśmą ołówek na sznurku o wybranym promieniu okręgu. Dzięki temu możemy narysować idealny okrągły kształt. Następnie za pomocą specjalnej taśmy elastycznej wykonujemy maskowanie po narysowanej linii, tak samo jak maskujemy zwykłą taśmą malarską prostą linię. Potem po prostu wypełniamy kolorem pole 🙂 Taśmę elastyczną do odcinania obłych kształtów można dostać w każdym markecie budowlanym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *