Mój salon przed metamorfozą

Mój salon przed metamorfozą

Na moim blogu pokazywałam Wam już większość pomieszczeń w moim mieszkaniu. Chyba nigdy jednak nie widzieliście w całości mojego salonu. Jako że planuję jego metamorfozę, pomyślałam, że byłby to idealny moment na pokazanie go w całej okazałości w stanie „przed” – trochę dla mnie na pamiątkę a trochę, żeby móc potem porównać z efektem „po”. Zapraszam!

Salon wydaje mi się bardzo górnolotnym określeniem jak na to w sumie nie największe pomieszczenie w mieszkaniu. Co innego w dużym domu, z bardziej konkretną powierzchnią. „Pokój dzienny” już bardziej mi tutaj pasuje, choć też nie do końca. A może to kwestia funkcji? Salon kojarzy się z miejscem reprezentacyjnym, służącym głównie do przyjmowania gości. Pokój dzienny zaś z miejscem wypoczynku domowników, bardziej swojskim. Oczywiście, w naszych realiach rzadko się zdarza, żeby były to dwa osobne pomieszczenia i pewnie dlatego używa się tych pojęć wymiennie. Za czasów mojego dzieciństwa na taki pokój mówiło się „pokój gościnny”. Czy u Was też? W pokoju gościnnym zawsze stała rozkładana wersalka lub narożnik, ława i telewizor. I wcale niekoniecznie stół, co wydaje mi się dość zabawne, skoro miał to być pokój przeznaczony na przyjmowanie gości.

W ogóle jest to bardzo ciekawe, jak pojawienie się kolejnych udogodnień domowych zmieniało funkcje pomieszczeń. Przecież kiedyś – przed telewizorami, radiami, gramofonami najbardziej reprezentacyjne pomieszczenie nie posiadało wcale sofy, lecz stół i krzesła. Nazywało się to pokojem stołowym. A gdzie się spędzało czas wolny? Gdzie się czytało książki na przykład? W bibliotece lub salonikach przylegających bezpośrednio do sypialni gospodarzy. Oczywiście mówimy tu o bogatszych domach. Pojawienie się radia i gramofonu uruchomiło potrzebę przemian. Potrzebne było pomieszczenie, gdzie wygodnie by się słuchało — wygodniej niż na twardym krześle… Rewolucyjne jednak było pojawienie się telewizora, który stał się niejako królem domu. Od tej pory telewizor stanowił centrum życia domowego. Domownicy chcieli nie tylko spędzać wolny czas przed telewizorem, ale też jeść przy telewizorze, a nawet przyjmować gości z włączonym telewizorem. Stół z pewnością nie był do tego odpowiednim miejscem. Stąd wyrzucenie go na rzecz kanapy i tej nieszczęsnej ławy. Z tego, jak pamiętam ławy, były one nieraz bardzo funkcjonalne – mogły się rozkładać oraz podnosić więc nawet wyprawienie imienin przy ławie nie stanowiło problemu.

Dzisiaj oczywiście inaczej do tego podchodzimy. Oczywiście, w większości domów wciąż sofa z telewizorem stanowi centrum domu, jednak chcemy, aby pojawił się w nim również tradycyjny stół. Chcemy, a przynajmniej tak twierdzimy, aby to stół był sercem domu. Aby spotykała się przy nim rodzina, razem jedząc, grając w gry, odrabiając lekcje czy zabawiając się w domowe DIY. Przy wyłączonym telewizorze. Ach, ten nieszczęsny telewizor. Mnie osobiście telewizor nie kojarzy się dobrze – kto z nas nie był na jakimś spotkaniu rodzinnym, na którym nie można było się odezwać, bo ktoś tam chciał oglądać telewizję? Jaki to jest w ogóle absurd. Bardzo mnie to zawsze denerwowało i zresztą dalej denerwuje, dlatego ja nie chcę mieć telewizora w swoim domu. Jak mam ochotę coś obejrzeć to mam do tego tyle urządzeń, że to nie jest mi już naprawdę potrzebne. A nie chcę, żeby w moim domu było coś, co „musi” grać w tle, kiedy tylko wchodzę do domu, kiedy jem czy robię cokolwiek innego. Jednak jest coś takiego w telewizorach, że się je włącza. Tak po prostu. Nie z chęci obejrzenia czegoś tylko po to, żeby włączyć. Ja tego nie chcę. Jak chcę, żeby coś mi grało za uchem, to sobie włączam gramofon. 😉 Ale już dość dygresji.

Wróćmy do salonu czy też pokoju dziennego. Na początku napisałam, że pokój dzienny to też nie do końca odpowiednie według mnie słowo. Choć zdecydowanie bardziej oddaje ducha tego miejsca, to jednak jest też mylące. Przecież większość ludzi jednak pracuje i to w godzinach dziennych, więc większość czasu, który tam spędzamy, jest zdecydowanie wieczorem. Czemu nie nazwać go pokojem wieczornym? 😉 Pokojem popołudniowym? Wiem, wiem. Pokój dzienny jest przeciwieństwem pokoju nocnego, który przeznaczony jest do spania. Ale wciąż czuję jakiś dysonans, używając tego określenia.

Dzisiejszy wpis miał być przecież o tym, jak wygląda mój pokój dzienny, a nie jak powinien się nazywać lub czy powinien stać w nim telewizor. No więc przejdźmy w końcu do meritum.

Mój pokój dzienny jest największym pomieszczeniem w moim mieszkaniu i ma ok. 20m2. To niezbyt dużo niestety, no ale jest jak jest i trudno byłoby to zmienić. Na szczęście oprócz tego, jest pomieszczeniem o kształcie zbliżonym do kwadratu, a więc dość ustawnym. Jest też bardzo dobrze – czasem za dobrze – doświetlony. Ma jedno duże okno i drugie balkonowe wychodzące na mały balkon. Okna są po dwóch stronach, więc dociera tam światło o różnych porach dniach. Większe okno wychodzi na południe, także przez większą część dnia jest tam bardzo jasno – a w miesiącach letnich również dość ciepło niestety. Zasłaniam wtedy okna zasłonami i włączam wentylator i jakoś to daje radę. Najgorzej jednak było, kiedy pracowałam tu przy komputerze – dodatkowe ciepło od komputera z jednej strony, od okna z drugiej, sprawiało, że praca w ciągu dnia była tutaj bardzo uciążliwa. Na szczęście to się już zmieniło. Czemu pisze w czasie przeszłym? Bo tak naprawdę zdjęcia te są sprzed kilku miesięcy (jak ktoś uważny mógł poznać po zimowym wieńcu), a pomieszczenie to już od miesiąca jest po metamorfozie, no — w trakcie, bo wciąż coś jeszcze dopieszczam. Więc to naprawdę najwyższy czas, żeby je Wam pokazać. Następnym razem będzie już ono kompletnie odmienione. Żartuję, nie zmieniło się aż tak bardzo. 😉

Na ścianie naprzeciwko okna południowego znajdują się stare, drewniane podwójne drzwi, które były już w tym mieszkaniu, kiedy było kupowane. Od dawna powinny być już wymienione, razem z innymi, ale jak sobie pomyślę o wykuwaniu framug, uzupełnianiu ścian i podłóg, to mi się odechciewa. Już raz je przemalowywaliśmy na biało, ale używaliśmy chyba farby niezbyt dobrej jakości, bo drzwi już mocno pożółkły. Dobra, zostawmy kwestię drzwi. Dlaczego w ogóle o nich wspominam? Bo choć w momencie wnoszenia czegoś do pomieszczenia, możliwość otwarcia obu skrzydeł jest bardzo pomocna, na ogół jest to jednak wkurzające, bo zabiera miejsce w pokoju i w przedpokoju, gdzie i tak jest mało przestrzeni przy ścianie, aby cokolwiek postawić. Więc urządzając pokój, trzeba też to wziąć pod uwagę.

Stan, który widzicie na tych zdjęciach to stan, który osiągnęliśmy na przestrzeni lat tak naprawdę. Jak wiecie, jestem fanką powolnego urządzania z rozmysłem, tak więc kolejne elementy były dodawane, kiedy już dokładnie wiedziałam, czemu i jakie je chcę. No, może oprócz starego kredensu, który był zakupem całkowicie spontanicznym. 😉 Kiedy wprowadziliśmy się do tego pokoju, pierwszym, co zrobiliśmy było pomalowanie go w całości na biało, dzięki czemu stał się on od razu dużo jaśniejszy, większy i czystszy. Daje to też duże pole do manewru, jeśli chodzi o ustawianie mebli czy ozdabianie ścian. Wybór mebli i ich ustawienie wielokrotnie się zmieniały, także faktycznie było to dość wygodne. Z mebli przejściowych powoli przechodziliśmy na docelowe, czyli te, które widzicie na zdjęciach (oprócz biurka, które stąd już na szczęście znikło).

Jeśli miałabym krótko opisać mój pomysł na to wnętrze to zaczęłabym od tego, że ma ono przede wszystkim skłaniać do odpoczynku i oddawać moje upodobania. Dlatego też wybrałam neutralne kolory i dużo ciepłego drewna. Wyposażenie jest mieszanką nowoczesności z elementami vintage, a wszystko ożywiają ważne dla mnie bibeloty, pamiątki z podróży oraz mnóstwo żywej zieleni.

Oprócz białej bazy ścian, w pokoju są też białe, lekkie firanki oraz białe zasłony, dzięki czemu ściany nie są nigdzie podzielone i utrzymane jest wrażenie przestrzenności i ciągłości. Polecam Wam ten trik, jeśli chcecie uzyskać taki efekt. A jeśli boicie się, że przez białe zasłony po zasłonięciu wciąż będzie wszystko widać, wybierzcie te z funkcją zaciemniania.

Pod sufitem wisi stara, mosiężna lampa od mojej babci. Niestety, jeden ze szklanych kloszy stłukł się, tak więc wymieniliśmy je na te najprostsze z Ikei, było to już z siedem lat temu. Bardzo lubię ten żyrandol. Nadaje wnętrzu troszkę posmaczku art déco.

Na podłodze możecie zauważyć duży, jasny dywan. Jest to również dywan z Ikei, pleciony na płasko i w jasnym kolorze — również sprawia, że wnętrze wydaje się bardzo przestrzenne. Krótkie włosie jest też bardzo praktyczne (co jest szczególnie ważne przy jasnym kolorze), bo można go w razie potrzeby wyczyścić punktowo szczotką. Jest też przeciw-kotowe, co pewno docenią właściciele sierściuchów oraz przyjazne robotom odkurzającym – mogą na nie bez problemu wjechać.

Największym meblem w tym pomieszczeniu z pewnością jest duży narożnik. Bardzo długo go szukaliśmy i rozważaliśmy wiele opcji. Jak coś to ten jest z Agata Meble. Może się wydawać, że narożnik stoi w dziwnym miejscu, bo na środku, ale był to zabieg celowy. Po pierwsze chciałam, aby przód narożnika wychodził na drzwi, bo jest to dla nas psychologicznie bardziej komfortowe niż siedzieć tyłem do drzwi. Po drugie uwielbiam symetrię we wnętrzach i chciałam sprawdzić, czy narożnik sprawdzi się na środku. Po trzecie, odgradza on okno balkonowe, przy którym zimą tworzę mini ogród zimowy z wszystkimi (no, może nie wszystkimi, ale dużą częścią) roślinami, które w okresie letnim stoją sobie na balkonie. Tworzą tło dla odsłoniętej części narożnika. Jest on oczywiście z tyłu ładnie wykończony, dzięki czemu można go właśnie ustawiać nie tylko pod ścianami. Kiedy go wybieraliśmy, zastanawiałam się pomiędzy sofą a narożnikiem. Choć bardziej podobają mi się sofy (chociażby dlatego, że mają więcej możliwości ustawień), postawiłam na bardziej praktyczny wybór i jestem z niego teraz zadowolona. Przecież sofy nie mają kątów a wiadomo, że najwygodniejsze miejsce na narożniku jest w kącie (zawsze jest moje!). Zastanawiałam się nad sofą z Ikei ze zmienialnymi pokryciami – ponieważ można je prać, ale jednak zrezygnowałam z tego wyboru. Wybrałam narożnik na nóżkach, na czym bardzo mi zależało i oczywiście z funkcją spania, jako że często nocują u nas jacyś goście. Podoba mi się w nim także to, że ma pojedyncze poduchy z guzikami zamiast monolitycznego oparcia, co według mnie lepiej wygląda. Pokrowce na poduchy można ściągać. Dlaczego wybrałam tak jasny kolor? Bo mi się podobał. 😉 Jest to odcień pomiędzy beżem a szarością, choć chyba bardziej w kierunku ciepłej szarości. Piękny odcień, nietypowy, ale też dość neutralny, który można łączyć z wszystkim. Choć na pewno bardziej praktyczne, nie podobają mi się sofy z ciemnoszarym obiciem. Optycznie zmniejszyłyby przestrzeń, jako że jest to naprawdę duży mebel. Przez jakiś czas zakochana byłam w sofach z aksamitnymi obiciami – ciemnozielonymi lub granatowymi, cieszę się jednak, że zrezygnowaliśmy z tego wyboru. Po pierwsze – bo już mi się tak bardzo nie podobają, czyli rzeczywiście lepiej było postawić na coś bardziej uniwersalnego. Po drugie, po wypróbowałam już aksamit na samych tylko poduszkach na sofie i z pewnością nie jest to najlepszy materiał, kiedy ma się dwa koty. A już szczególnie, kiedy jeden z nich ma białą sierść, a poszewki są granatowe. Nie polecam. Nic tak nie psuje eleganckiego efektu aksamitu jak poprzyklejana sierść. A wracając do sofy – bardzo łatwo się rozkłada, jak chyba większość nowoczesnych tego typu mebli, jedynie ściąganie poduch jest wkurzające. Ma też dwa duże pojemniki na pościel. Jest według mnie wygodna, a materiał jest łatwy do wyczyszczenia, na czym też bardzo mi zależało. Tak więc jasny kolor nie stanowi problemu.

Przy sofie są również nasze dwa ukochane fotele Chierowskiego, które mamy już od wielu lat i które były odnawiane wraz ze zmianą tapicerki przez zdolną Ewelinę Lekką. Mają pokrycie w jodełkowy, jasnoszary wzorek, dzięki czemu pasują do sofy. Są ulubionymi miejscami do spania kotów. Chyba myślą, że są to ich posłania. I właściwie są, bo (przez ludzi) używane są głównie wtedy, kiedy mamy gości — nam wystarcza narożnik.

Przy sofie stoi także chyba Wam już znany ręcznie przez nas robiony stolik z plastra drewna na metalowych nóżkach, tak zwanych hairpin legs. Był tu i o nim wpis, do którego polecam zajrzeć, jeśli kogoś interesuje, jak taki stolik zrobić. Do kompletu mamy też drugi, wyższy, służący nam za kwietnik.

Od niedawna przy sofie znajduje się również stolik boczny, co było naszym objawieniem i nie wiem, jak bez niego funkcjonowałam wcześniej! Jest to super rozwiązanie. Można sobie na niego coś odłożyć bez każdorazowego schylania się jak do stolika kawowego, a ten dodatkowo wsuwa się pod sofę (lub łóżko na przykład), dzięki czemu można go sobie przysunąć z jedzonkiem lub laptopem, jak ktoś na przykład lubi pracować na sofie.

Nad sofą wisi reprodukcja obrazu Wasilija Kandinskiego „Żółty, czerwony i niebieski”, którą uwielbiam (uwielbiam abstrakcje) i którą wynalazłam na targu staroci. Zadziwiająco często się w nią wpatruję, za każdym razem wyszukując nowe elementy.

Pomiędzy narożnikiem a ścianą z drzwiami utworzyliśmy „kącik rozrywkowy”, jak go lubię nazywać. Stoi tam znana już Wam szafka RTV od mojej babci, którą odrestaurowaliśmy. Na niej znajduje się gramofon, piękny głośnik Marshalla oraz mała kolekcja płyt winylowych. Nad szafką, zamontowaliśmy trzy drewniane półki, gdzie poukładaliśmy część książek, jakieś bibeloty i wiszące roślinki, aby nieco ożywić ten fragment wnętrza. Przy gramofonie stoi piękna lampka stołowa z marmurową podstawą. Opisywałam ją już we wpisie o moich łowach starociowych. Lubię włączać ją, kiedy słucham gramofonu. Oświetla delikatnie wnętrze, dzięki czemu jest bardziej przytulnie.

Po drugiej stronie drzwi znajduje się kącik do pracy z niezbyt pięknym, ale praktycznym biurkiem – składakiem z Ikei. Biurko jest pozostałością po czasach studenckich. Bardzo nie lubię jego drewnopodobnego blatu, ale przecież nie będę go wymieniać tylko z tego powodu. Postanowiłam poczekać, aż się zniszczy i bez wyrzutów sumienia się go pozbędę. Dokupiłam tylko do niego szafkę z szufladkami, co jest bardzo wygodne. Spokojnie mogę w niej zmieścić różne dokumenty, przybory biurkowe i inne szpargały. Przy biurku jest stary fotel na kółkach od mojego taty, ale to również rozwiązanie czasowe. Jeśli chcecie zobaczyć, jakie piękne mam krzesło przy biurku w moim nowym pokoju do pracy – zapraszam do tego wpisu. Nad biurkiem wiszą heksagonalne półki, na które „chorowałam” chyba przez dwa lata, aż w końcu udało się upolować takie w Biedronce. Ostrzegam – są wkurzające w montowaniu do ściany, ale to może tylko moje – uchwyty znajdują się w narożnikach! Na półkach stoi kilka pamiątkowych przedmiotów – tradycyjny konik Dala ze Szwecji, mała figurka Pinokia z Mediolanu oraz stare książki wykupione z jakiejś biblioteki – kryminały mojej ulubionej Agathy Christie. Jeśli chodzi o książki, to staram się kupować fizycznie tylko te, do których wiem, że wrócę (np. raz na kilka lat od nowa czytam wszystkie kryminały Christie) oraz albumy, poradniki (wnętrzarskie), podręczniki. Zdecydowanie łatwiej jest mi się uczyć z papierowego formatu. Pomiędzy półkami wisi dopasowane kształtem i o dziwo również rozmiarem lusterko w złotej ramce. Całkiem dobrze się wkomponowało w heksagonalną ścianę. A jeśli już jesteśmy przy heksach – w kąciku pracy jest jeszcze jeden element z tym motywem. Złota kratka ze spinaczami to stosunkowo nowy nabytek. Bardzo dobrze mi się sprawdza do przypinania rzeczy, które chcę mieć na oku – jak np. lista rzeczy do zrobienia na dany tydzień czy pomysły na wpisy. Na biurku stoi kolejny nabytek z targu staroci – porządna, mosiężna lampka ze skrętnym ramieniem. Punktowe światło sprawia, że nie razi nas w oczy ani w monitor, kiedy chcemy popracować w nie w pełni oświetlonym pokoju (ja zawsze tak pracuję).

Chodźmy dalej. Dokładnie naprzeciwko sofy stoi dość masywny kredens vintage. Jak wspominałam na początku, był to jeden z moich nielicznych spontanicznych zakupów. Po prostu pewnego dnia odkryliśmy nowy dla nas komis meblowy i stał sobie tam ten piękny mebel do kompletu z szafą, którą możecie kojarzyć ze wpisu o metamorfozie pokoju do pracy. Co mnie tak urzekło w tych meblach? Oczywiście zaokrąglone narożniki! Uwielbiam takie detale. Ponadto, meble były w bardzo dobrym stanie, kolor drewna bardzo mi odpowiadał no i w sumie potrzebowałam czegoś takiego. Żałuję jedynie, że nie ma więcej przeszkleń na rzecz szafki na dole. Chciałabym wyeksponować tam więcej „szkła” i książek na przykład. Ale i tak kocham ten mebel. Na nim stoi zawsze kilka bibelotów – kwietniczek, świeczniki oraz ozdobne pudełko z Empire State Building, które przypomina niezwykłe chwile z tego miejsca. Nad kredensem wiszą dwie stare mapy – Krakowa przedwojennego i Warszawy z drugiej połowy XIX w. Nie wiem, czy już o tym pisałam, ale uwielbiam mapy. Jak gdzieś jestem, nie umiem oprzeć się dokładnemu przestudiowaniu map. Nie wiem czemu, ale fascynują mnie. W Szczególności stare mapy. Te są przedrukami oryginalnych map z dawnych lat. Często sobie na nie spoglądam i wyobrażam miejsca, których już w Krakowie czy w Warszawie nie ma…

Ostatnią częścią mojego pokoju dziennego – i najnowszą – jest kącik jadalniany. To prawda, że jest trochę wciśnięty w kąt, ale dla nas dwojga wystarcza, a kiedy mamy gości – stół wysuwamy bardziej na środek. Jeśli chodzi o stół – to jest to stół w całości z drewna dębowego, na czym mi bardzo zależało, kiedy go szukałam. Pochodzi ze sklepu Woodica. Jest wykończony olejem i jestem bardzo z niego zadowolona. Dzięki podciętemu blatowi oraz ukośnych nogach ma piękny, lekki, ale też dość nowoczesny kształt. Naturalny dąb daje też ciepły, przyjemny kolor mebla. I idealnie współgra z moimi wymarzonym krzesłami Thonet. Choć są one bukowe, kolor drewna jest niemal identyczny z tym na stole. One są z kolei wykończone woskiem. Jak pisałam we wpisie o metamorfozie pokoju do pracy, są one zadziwiająco wygodne, mimo że nie mają materiałowego obicia. Dodatkowo są bardzo praktyczne, bo lekkie i o obłym kształcie. Są niewielkie, tak więc wpasują się nawet w bardzo małe pomieszczenie. I nie zapominajmy o ich pięknym designie – gięte drewno i francuska plecionka stanowią eleganckie, ale też niewymuszone połączenie.

Takie wykończenie drewna na stole sprawia, że w razie ubrudzenia, zalania czy rysy łatwo to naprawić. Wystarczy delikatnie przeszlifować i zabezpieczyć fragment od nowa. Mimo to staramy się ochraniać drewno, kładąc podkładki na stół. Chciałabym również wyposażyć się w obrus, który posłużyłby mi, kiedy mamy gości i rozkładamy stół, a na blacie ląduje więcej naczyń. Myślę o lnianym obrusie w naturalnym kolorze, chyba dobrze by tu pasował. A właśnie – stół ten rozkłada się — ma dodatkową część, którą na co dzień chowamy za sofą. Na stole również zazwyczaj znajduje się lampka stołowa i świeczniki, które tworzą przytulny, romantyczny nastrój. Lubię także moje ususzone liście eukaliptusa — przy potarciu wciąż wydzielają piękny zapach. Wszystkie elementy dekoracyjne na stole lubię mieć zebrane na dekoracyjnej tacy, aby wszystko estetycznie się prezentowało (ale też ze względów praktycznych). Ta jest z Jyska i jest z lastriko.

W pomieszczeniu tym, jak widać, mam też wiele roślin żywych – są porozkładane po całym pomieszczeniu, ożywiając go nieco i stanowiąc główną jego dekorację. Z tych największych – prym wiedzie monstera stojąca przy biurku, jest tutaj również dość spora już mandarynka, zamiokulkas, a także bluszcz, który w ciepłych miesiącach stoi na balkonie. Czarne kwietniki są z Jyska. Dzięki nim rośliny zyskują więcej światła. Na parapecie stoją zazwyczaj najmniejsze egzemplarze, świeżo przesadzone, które się tutaj najlepiej rozwijają dzięki dużej ilości światła. Kiedyś byłam fanką białych donic, obecnie lubię klasyczne, terakotowe i zbieram je po targach staroci, gdzie kosztują grosze. Dodają trochę koloru i ładnie kontrastują z zielenią roślin.

To chyba wszystko – chyba opisałam Wam już całe to pomieszczenie, resztę dopowiedzą zdjęcia. Mam nadzieję, że podobał Wam się wpis i zapraszam do śledzenia bloga, aby nie przegapić postu z metamorfozą tego wnętrza 😊 Do następnego!

Zapraszam do obejrzenia innych pomieszczeń w moim mieszkaniu:

8 wypowiedzi na temat “Mój salon przed metamorfozą

    1. Nie wiedziałam, że będzie to widać na zdjęciach. To kawałek materiału przypięty…pinezkami 😉 To pozostałość po czasach studenckich, kiedy to była moja sypialnia a reszta mieszkania była wynajmowana. Przezroczyste szkło nie dawało mi zbyt dużo prywatności. Ja też nie za bardzo lubię przeszklone drzwi, choć mają swoje zalety (np. doświetlenie ciemnego przedpokoju).

    1. O, dziękuję. Tak, myślę, że to wnętrze jest na tyle neutralne, że wiele osób czułoby się w nim dobrze. I o taki efekt mi chodziło!

  1. Świetnie wygląda! Szczególnie podobają mi się fotele. Doskonale komponują się w pomieszczeniu, szczególnie z tym fenomenalnym stolikiem. Super! Już nie mogę się doczekać następnych wpisów!

    1. Dziękuję! Tak, fotele uwielbiam, stolik zresztą też choć jego miejsce zajął inny, który również niebawem pokażę na blogu. Ten ostatnio służy mi za kwietnik 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *