Metamorfoza kuchni z lat dwutysięcznych

Metamorfoza kuchni z lat dwutysięcznych

Dzień dobry! W dzisiejszym poście zapraszam Was do obejrzenia realizacji projektu kuchni, który robiłam jakiś czas temu dla mojej mamy. Poprzednia kuchnia pochodziła z początku lat dwutysięcznych, czyli miała 20 lat i już zdecydowanie wysłużyła swoje, dlatego planowany remont kuchni to była konieczność. Miała też kilka poważnych mankamentów, które utrudniały jej wygodne użytkowanie. Nowa kuchnia miała odświeżyć nieco tradycyjny wygląd części dziennej domu, ale też naprawić słabe strony starej kuchni. Czy udało mi się to osiągnąć? Sami zobaczcie w dzisiejszym wpisie.

Kuchnia do zmiany

Poprzednia kuchnia w domu mamy powstała zaraz po wybudowaniu domu. Stylem idealnie oddaje klimat tamtych lat, tamtej mody. Mody na wysokie „barki”, halogeny montowane w wysuniętych „daszkach” nad zabudową meblową, stylizowane fronty i jedyne słuszne beżowo-brązowe połączenie kolorów, które zresztą obejmuje praktycznie cały dom (oprócz pokoi mieszkalnych, które każdy mieszkaniec urządził tak, jak chciał). To połączenie kolorów, choć przez ostatnie lata mocno wyśmiewane, wcale nie jest takie złe. Umiejętnie potraktowane, ma potencjał, aby stworzyć klasyczne wnętrze, które może nie będzie jakoś niezwykle oryginalne (ale wcale nie jest powiedziane, że nie musi!), w trendach, ale za to może być ponadczasowe. Ale do rzeczy.

Poprzednia kuchnia wymagała co najmniej odświeżenia i wprowadzenia kilku większych zmian. Nie była malowania od dwudziestu lat. Fronty meblowe zupełnie się zniszczyły, a jeszcze bardziej ich zawiasy i wymagały wymiany. Korpusy były ok i teoretycznie można by się pokusić o samą wymianę frontów z zawiasami i ewentualnie zniszczonego i wytartego blatu, ale w międzyczasie wyszły też inne rzeczy. Kuchnia nie była zbyt praktyczna – mimo dość sporych rozmiarów brakowało w niej miejsca do przechowywania, a istniejące szafki nie były zbyt wygodne, zwłaszcza te narożne, dość, że z utrudnionym dostępem to jeszcze z okropnymi w użytkowaniu łamanymi drzwiami narożnymi (jeśli macie taką możliwość – nigdy takich nie róbcie). Zlew dwukomorowy przy zmywarce okazał się za duży, sama zmywarka – o szerokości 60cm – zresztą też, kiedy użytkują ją na co dzień trzy osoby. Zbyt wolno się napełnia, a mówiąc wprost brud zasychał zanim naładowało się ją do końca, przez co ciągle nie domywała naczyń. Lodówka – kupiona za mała – ciągle była przepełniona i w międzyczasie również uległa awarii. A płytę gazową do gotowania mama chciała wymienić na indukcyjną, jako że niedawno zostały zainstalowane panele fotowoltaiczne. Nieszczęsny barek, choć miał jedną zaletę, że zasłaniał trochę kuchenny bałagan  od strony jadalni i salonu, poza tym okazał się zupełnie bezużyteczny. Z jednej strony był po prostu wielką ścianą – bez wysuniętego blatu i za wysoki, nie mógł spełniać funkcji typowego barku, który kiedyś był tak modny i pożądany w polskich kuchniach. Od strony kuchni zaś utrudniał domowa komunikację, zasłaniał widok na to, co dzieje się w innych pomieszczeniach części dziennej. Tworzył też ciemny, nieprzyjemny kąt. W kuchni było też dużo zupełnie niepraktycznych, ozdobnych, otwartych półek – zbyt dużo i zbyt małych, żeby sensownie coś na nich trzymać. Był to chyba kiedyś prosty sposób na wykorzystanie pozostałej przestrzeni po montażu typowych rozmiarów korpusów szafek 😉 Halogeny ciągle się przepalały i zawsze któryś nie działał. A chyba największa zmorą dla mojej mamy okazała się podłoga z płytek o nieregularnej powierzchni z małymi dziurkami, w które wiecznie wchodził wszelki brud i co jakiś czas trzeba było je na kolanach szorować i wydłubywać ciemne plamki. Płytki na ścianach również nie były zbyt łatwe do czyszczenia, bo też miały nierównomierną, lekko chropowatą powierzchnię, ale to było nic w porównaniu z podłogą. Tak więc zmian okazało się po prostu za dużo na jedynie mały lifting. Kuchnia wymagała konkretnego remontu.

Projektowane zmiany

Projekt kuchni mamy oczywiście zrobiłam ja, ale nie myślcie, że projektowanie dla rodziców jest łatwe i przyjemne. Po pierwsze – nic się na tym nie zarabia, a koncepcję zmienia się tysiąc razy, bo zawsze jest coś nie tak. Po drugie, problem jest, gdy rodzic nie ma zupełnie wyobraźni przestrzennej i widoki 3d ogląda do góry nogami. Po trzecie, wiadomo – rodzic wie zawsze lepiej, bo jest rodzicem i za nic ma zdanie dziecka, mimo, że po specjalistycznych studiach, dodatkowych kursach i pracującego w zawodzie od kilku lat. Eh, końcówkę ciąży spędzoną na tym projekcie zapamiętam do końca życia. Tak jak i mozolne wybieranie wszystkich elementów z noworodkiem na rękach jakiś czas potem (bo oczywiście projekt swoje, a płytki, w których mama zakochała się w jednej sekundzie w markecie budowlanym swoje 😉).

A więc projekt zakładał stworzenie kuchni, która po pierwsze naprawiłaby błędy kuchni poprzedniej, po drugie pasowała do reszty wnętrz na parterze – w dość tradycyjnych w stylu- które są jedną wielką otwartą przestrzenią, a po trzecie zadowoliła gusta  i wymogi wszystkich mieszkańców (tego do końca nie udało się osiągnąć, bo w określonym budżecie i metrażu nie sposób zrobić kuchni na styl amerykański z marmurowymi blatami i podłogą i dwumetrową wyspą na środku). Kuchnia miała też nie kosztować milionów monet (choć i tak kosztowała), dopasować się do konkretnych mankamentów pomieszczenia i domu oraz miała być raczej klasyczna, bez trendowych elementów, bo mama chciała, aby „wystarczyła jej już do końca życia, bo ona już na emeryturze nie będzie się bawić w żadne remonty”.

Jeśli chodzi o bazę kuchni, to przy okazji remontu ściany miały zostać odmalowane, łącznie z salonem i jadalnią, płytki podłogowe wymienione na duże, gładkie i łatwe do czyszczenia. Do kuchni miała też zostać doprowadzona trzecia faza pod płytę indukcyjną.

W projekcie dodałam jeden trendowy element czyli płytki o rysunku jodełki francuskiej. Zrobiłam to z tego względu, że po stronie z oknem miały one zająć całą powierzchnię ściany – chciałam więc, aby było to coś bardziej zdobnego, dodającego tego czegoś do kuchni, ale nie tworzącego efektu ściany rzeźni. Płytki podłogowe wybraliśmy gładkie, pasujące kolorem i stylem do reszty pomieszczeń i co ważne – do płytek w sąsiadującym korytarzu, z którymi miały się stykać.

Projektując kuchnię, postawiłam przede wszystkim na nowoczesną prostotę i praktyczność. Wracając teraz do tego projektu, uważam, że jest naprawdę niezły, choć oczywiście nie wszystko udało się zrealizować zgodnie z planem. Ponieważ miałam się dostosować do stylu całościowego domu, pewne było, że w kuchni pojawi się beż oraz ciemne drewno. I ponieważ nie jestem wielką fanką materiałów udających inne, początkowo chciałam, aby fronty kuchenne były fornirowane drewnem, dodatkowo z pionowymi żłobieniami, podkreślającymi pionowy rysunek drewna. To jednak nie spotkało się z aprobatą.

Podoba mi się domykanie zabudowy kuchennej poprzez wykończenie boków tym samym materiałem, co blat, dlatego też zastosowałam ten efekt tutaj. Miał on też ładnie wykończyć strefę kuchni od strony jadalni – przy słupku i przy blacie półwyspu.

Projekt i realizacja kuchni

Jeśli chodzi o zabudowę meblową, ostatecznie stanęło na prostych frontach z płyty meblowej o rysunku drewna (na takich nie da się niestety zrobić żłobień). I aby nie było w kuchni zbyt ciemno (to też był zarzut do poprzedniej kuchni), fronty górne miały być w jaśniejszym kolorze, gładkim. Choć tu już było to możliwe, na górnych szafkach również nie udało mi się przepchnąć pomysłu ze żłobieniami . Pozostały więc proste i gładkie, co też ma swój urok.

W górnej zabudowie szafek kuchennych miał się też pojawić drugi rząd szafek, aby w pełni wykorzystać przestrzeń oraz uniknąć gromadzenia mniej używanych rzeczy (ale też pudełek po sprzętach i wszelkich innych przedmiotów, z którymi nie wiadomo co w kuchni zrobić) na górnych szafkach. Projektując zabudowę do sufitu nie trzeba też myć góry szafek z uciążliwego tłuszczu zmieszanego z kurzem 😉 Ale trzeba mieć świadomość, że takie szafki są optycznie cięższe. Można jednak zastosować kilka trików – podzielić je poziomo na dwa rzędy, zrobić je w jaśniejszym kolorze oraz unikać zabudowy na wszystkich ścianach, zwłaszcza jeśli jest dużo narożników, załamań ścian itp. Lepiej wyglądają w jednej linii, gładkie, wtapiające się w tło. Mama obawiała się tego efektu ciężkości, ale po zastosowaniu tych trików udało się go uniknąć. Poza tym kuchnia zyskała dużo powierzchni do przechowywania właśnie tych mniej potrzebnych przedmiotów – chyba do teraz nie wszystkie szafki są do końca wypełnione, co uważam za duży sukces. Są też tak zaprojektowane, aby był do nich zapewniony wygodny dostęp, bez trudno dostępnych narożników. Oczywiście te górne są dostępne przy pomocy stołka-schodka, który zresztą przyda się chyba w każdym domu.

Choć na pierwszy rzut oka nowa kuchnia nie różni się dużo od starej, tak naprawdę różni się bardzo. Dolne szafki zaprojektowałam zupełnie inaczej niż były wcześniej. Przede wszystkim, gdzie tylko było to możliwe postawiłam na szuflady – płytkie pod blatem i głębokie niżej. I choć mama na początku była z tego bardzo niezadowolona i załamywała ręce, gdzie teraz będzie trzymać wszystko oprócz sztućców, teraz mi dziękuje, że uparłam się przy tym pomyśle. Bo jednak faktycznie, szuflady są dużo bardziej pojemne i wygodne przy użytkowaniu niż szafki. I można w nich trzymać wszystko. Bez dodatkowych pojemniczków, pudeł. Jedynie szafki narożne oraz ta pod zlewem musiały pozostać klasycznymi szafkami. Trocfhę nad tym ubolewam, bo jednak szufladę z koszami na śmieci użytkuje się dużo wygodniej (i czyściej) niż szafkę, ale nie dało się niestety za bardzo zmienić lokalizacji zlewu.

Nowością z kuchni miał być wysoki do sufitu słupek z piekarnikiem, mikrofalówką i mnóstwem miejsca do przechowywania. Miał on również spełniaćtrochę funkcję dawnego barku, czyli delikatnie osłaniać blaty z jednej strony kuchni i potencjalny bałagan. I właściwie tak właśnie jest.

Zamiast wspomnianego barku oraz wymarzonej wyspy, zaprojektowałam półwysep, który również na początku nie spotkał się ze zbyt dużym entuzjazmem, ale okazał się niezwykle wygodny. Po pierwsze – od strony kuchni to dodatkowe szafki do przechowywania, po drugie to mnóstwo dodatkowego blatu – do wspólnego przygotowywania posiłków  bez potykania się o siebie – bo jedna osoba pracuje z jednej, a druga z drugiej strony (i to na siedząco). To naprawdę bardzo wygodne. No i oczywiście przy półwyspie w końcu można usiąść i zjeść na przykład szybkie śniadanie. Półwysep zaprojektowałam nieco bardziej wysunięty niż wcześniejszy barek, bałam się, że może wyjdzie to zbyt ciężko i zajmie za dużą powierzchnię, ale kuchnia jest na tyle duża, że tak się nie stało.

Żeby uniknąć górnej szafki o trudnym dostępie nad półwyspem oraz optycznie wydzielić kuchnię od reszty części dziennej, zaprojektowałam coś na kształt ramy dookoła wyspy z otwarciem z jednej strony. Dzięki temu utworzone zostało miejsce na półki na książki kucharskie (wymóg mamy) – nie za mało i nie za dużo oraz miejsce na oświetlenie dodatkowe półwyspu. Dodatkowo, już z mojej inicjatywy, aby trochę ożywić te bardzo praktyczna kuchnię, dodałam miejsce na zwisające rośliny, które można podlewać dzięki stołkowi stojącemu tuż pod nimi, więc nie jest to zbyt uciążliwe.

Oprócz zabudowy meblowej wybieraliśmy (razem z mężem, który sprawdzał parametry techniczne) wszystkie sprzęty. Jedynie piekarnik pozostał stary. Aby było spójnie, dobraliśmy wszystko w czarnym kolorze. Tak samo mniejszy zlew (za to z małym ociekaczem) oraz baterię z ruchomą główką. Wybraliśmy też dużo większą lodówkę, zgodnie z zaleceniami mamy i nie w zabudowie. Mnie się bardzo podobają schowane z zabudowie lodówki, ale to mocowanie do frontów nie działa jednak z czasem tak prosto i sprawnie jak zwykłe drzwi lodówki i lubi się psuć. Nie jest to zbyt wygodne.

Detale projektu

Na etapie realizacji, jak to zwykle bywa, wyniknęło kilka problemów. Po pierwsze okazało się, że przez nietypową wysokość okna, musimy zrezygnować z typowych obecnie blatów (laminowanych, o bardziej kwadratowych brzegach) na rzecz tych starodawnych o zaoblonych brzegach, które są niższe i jako jedyne pasują tak, aby pod nimi zmieściła się (dosłownie na milimetry) zmywarka. To niestety zepsuło moja koncepcję wykończenia materiałem blatów boków szafek. Trzeba więc było wprowadzić niezbędne zmiany. Zamiast materiałem blatów, boki wykończyliśmy materiałem dolnych frontów. Uważam, że nie wyszło to źle, choć nie tak elegancko jak w pierwotnej wersji. Jednak zawsze trzeba iść na jakieś kompromisy, bo chyba, że ma się miliony. Wśród tych dawnych typów blatów nie ma też takiego wyboru wzorów, ale udało się dobrać coś pasującego.

Kolejnym problemem okazał się wzór dolnych frontów – też musiał być zmieniony, po oryginalnych nie było na stanie. Wybraliśmy podobny odcień do ciemnego drewna przeplatającego się przez cały dom, ale o nieco nowocześniejszym, chłodniejszym wykończeniu. Przy wyborze frontów zrezygnowaliśmy z wszelkich ramek i zdobień, aby kuchnia była jak najbardziej ponadczasowa, ale z nutką nowoczesności.

W szafce narożnikowej pod zlewem dodatkowo został dobrany kosz cargo do łatwiejszego użytkowania narożnika i choć to droga impreza, to jednak bardzo ułatwiająca życie. W drugim narożniku został zastosowany inny trik, mianowicie szafka otwiera się…również od drugiej strony, pod blatem. Wizualnie jest to zupełnie niewidoczne, natomiast znacząco poprawia funkcjonalność tego narożnika.

Nie udało mi się dopilnować, aby półki były jak w projekcie – mama osobiście dobierała ich wysokość pod książki, co mnie trochę razi, bo nie są równe, ale przynajmniej ma tak, jak chce 😉

Również połączenia blatów nie są takie, jakbym sobie tego życzyła, czyli zamiast docięcia są połączone listwą, ale to już drobiazg. Mamie to nie przeszkadza i to najważniejsze. Poza tym, jeśli chodzi o zabudowę meblową, obyło się bez innych wtop. Mama jest bardzo z niej zadowolona – zwłaszcza z wygody pojemnych szuflad i półwyspu. I z tego, że nie musi już odkurzać niepraktycznych półeczek.

Tak, jak już wspomniałam wcześniej, mama zakochała się w zupełnie innych płytkach ściennych niż te, które ja jej dobrałam. Wybrała proste kafelki metro w białym kolorze, które początkowo, wydawało mi się, że nie będą pasować, bo wyłamywały się z obranej palety kolorów, ale dzięki beżowej fudze, zyskały ciepły ton i myślę, że ostatecznie pasują. Jest to też bezpieczny, klasyczny wybór i praktyczny – bo łatwo je czyścić. Nie tworzą też na szczęście tego efektu rzeźni czy łaźni na ścianie z oknem, dodają jej wręcz ciekawego rysunku i tła dla okna. Po wielu próbach uznaliśmy wspólnie, że tak najlepiej wykończyć tę ścianę, bo wszelka próba odcięcia gdzieś linii kafelków wyglądała po prostu źle. Uważam, że to był dobry wybór.

Mama też dobrała inne lampy niż te projektowane (oczywiście). Lampa sufitowa bardzo mi się podoba i uważam, że zmiana jest na plus. Ma piękny kształt, a jej ciepły, bursztynowy odcień pięknie współgra z reszta wystroju.

Jednak lampki nad wyspą za bardzo według mnie przypominają te nieszczęsne halogeny (choć są już na szczęście energooszczednymi, o wiele rzadziej przepalającymi się LEDami). Jednak o wiele bardziej według mnie pasowałyby tu malutkie lampki wiszące. Kable potrzebne do punktów świetlnych zostały ukryte w zabudowanej części ramki.

Koniecznie też trzeba wymienić roślinki nad półwyspem na te wiszące! Te zdecydowanie psują moja koncepcję 😉

Dobrym wyborem okazały się proste, czarne uchwyty pasującego do innych czarnych elementów oraz też bardzo wygodne przy wysuwaniu dużych szuflad.

Uwzględniony został w projekcie wymóg miejsca na wolnostojący ekspres do kawy – marzenie mojej mamy, wreszcie spełnione, z czego zresztą sama chętnie korzystam podczas pobytu w domu rodzinnym. Nigdzie nie pije tyle kawy, co tam 😉 Okazało się też, że w kuchni nie potrzeba mieć ociekacza w szafce, jak to było do tej pory – po prostu chowa się umyte naczynia na bieżąco.

Z trików, o których warto opowiedzieć to umiejscowienie piekarnika w wysokiej zabudowie. Nagminnie widzę ten błąd, że piekarnik umiejscawia się w projektach za wysoko czyli dół na wysokości blatu. A żeby korzystać wygodnie z mikrofalówki nad nim, powinien być on niżej. Np. o wysokość szuflady na sztućce właśnie.

Projektując wyspę kuchenną połączoną z blatem, trzeba pamiętać, że standardowe krzesła będą do niej za niskie, zaś typowe hockery do „barków” właśnie za wysokie. Trzeba wybrać coś pośrodku albo o regulowanej wysokości. Na szczęście na rynku można już dostać stołki i krzesła o odpowiedniej wysokości. Stołki mojej mamy zostały zamówione na OLX i sprawdzają się tutaj bardzo dobrze. Do tego dodatkowym siedziskiem jest typowy stołek – drabinka Ikea, który został pomalowany pod kolor drewna stołków.

Bardzo wygodna okazała się bateria kuchenna o elastycznej wylewce gumowanej. Polecam Wam to rozwiązanie. Jest tak samo praktyczne jak baterie o wyciąganej wylewce, za to mniejsze i łatwiejsze w obsłudze.

Umiejscowienie piekarnika wyżej jest również bardzo wygodne, choć nie we wszystkich kuchniach się sprawdzi – tylko tam, gdzie da się zrobić pod niego słupek. Co za wygoda bez konieczności schylania się!  

Podwójne szafki górne również dobrze się sprawdzają. Okazuje się tez, że są bardziej pojemne. Albo mają lepiej zaprojektowana wysokość półek, no sama nie wiem 😉 W dolnych szafkach jest za to tyle miejsca, że mieści się też tam rzadko używana frytkownica (która wcześniej zajmowała ogrom powierzchni blatu) oraz…maszyna do szycia babci, na którą nigdy nie było odpowiedniego miejsca.

I to wszystko. Mama chyba jest zadowolona z kuchni, mam nadzieję, może napisze o tym w komentarzu😉Ja również jestem zadowolona, wydaje mi się, że potencjał tego pomieszczenia został w pełni wykorzystany. I lubię tę kuchnię na pewno bardziej niż poprzednią, nawet chce mi się czasem gotować, kiedy jestem u mamy 😉

Na koniec jeszcze zdjęcia przed i po:

I porównanie projektu z realizacją:

Co sądzicie o zmianie? Na plus czy na minus? Dajcie znać w komentarzach, pa!

Poniżej inne moje projekty pokazane na blogu:

One thought on “Metamorfoza kuchni z lat dwutysięcznych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.