Zielone rośliny w moich wnętrzach

Zielone rośliny w moich wnętrzach

W dzisiejszym wpisie chciałabym zaprezentować Wam moją kolekcję, choć już pisząc ten tekst, uświadomiłam sobie, że zapomniałam zrobić zdjęć roślinom na balkonie, które korzystają z jeszcze ciepłej aury i spędzają tam swoje ostatnie dni przed wstawieniem do domu. Wśród nich znajduje się chociażby moja ukochana mandarynka, którą powinnam właściwie jak najszybciej wnieść do domu, bo to w końcu roślina egzotyczna lubiąca ciepło.

Podzielę się też z Wami pomysłami, skąd biorę (tak – biorę, wcale niekoniecznie kupuję 😉 ) rośliny, na jakie gatunki stawiam i jakie wypracowałam metody pielęgnacji (choć to zdecydowanie zbyt szumne słowo) wypracowałam na przestrzeni lat.

Będziecie też mogli podejrzeć, jak eksponuję moje roślinki, bo uważam to za równie ważne jak samą roślinę. Być może coś Was zainspiruje, zwłaszcza jeśli tak jak ja nie macie zbyt wiele miejsca do stawiania ich na podłodze lub parapetach. Zapraszam do wpisu.

Nie zawsze lubiłam „grzebanie w ziemi”. Swoją pierwszą roślinę (mała mandarynkę, zasadzona z pestki owocu) dostałam po wprowadzeniu się do mojego pokoju w nowym domu, kiedy miałam 14 lat. Wtedy do jej pielęgnacji nie przykładałam zbytniej uwagi. Potem, gdy wyprowadzałam się na studia, dostałam od babci dwa piękne fiołki, białe z niebieskimi brzegami. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Ponadto, przypominała mi o domu, za którym na początku bardzo tęskniłam. Zarówno mandarynka jak i fiołki nadal ze mną są, mandarynka już prawie mnie przerosła wysokością;) Teraz opiekuję się kilkunastoma, jeśli nie kilkudziesięcioma roślinami i ciągle nie mam dość, ciągle coś dokupuję i przesadzam. Kiedy widzę, jak moje starania przynoszą efekty, kiedy uwiędła mizerotka po jakimś czasie puszcza nowe pędy aż w końcu staje się pięknym, zdrowym, błyszczącym okazem, moje serce rośnie. Marzę, aby stworzyć w mieszkaniu zalążek dżungli 😉 Moja ostatnią miłością jest bardzo ostatnio popularna monstera (tak, to ta ulubiona roślinka blogerek ;)). Dzisiaj jednak to Was chcę przekonać do stworzenia swojego prywatnego zimowego ogrodu.

W ostatnim czasie, we wnętrzach uznaniem cieszą się rośliny zielone, zwłaszcza egzotyczne. Jeszcze nie tak dawno królowały storczyki, a wcześniej aloesy, kaktusy, jeszcze wcześniej babcine paprotki, fiołki czy pelargonie. Rośliny we wnętrzach raz są kochane, innym razem prawie zupełnie z nich znikają. Zaletami posiadania żywych roślin w mieszkaniu na pewno jest ożywienie przestrzeni oraz ich oczyszczające właściwości. Rośliny sprawiają, że jest przytulnie i domowo. Mnie zachwycają każdego dnia, poprawiają mi humor a ich pielęgnacja mnie uspokaja. Zdradzę Wam także pewna tajemnicę, która odkryłam parę lat temu: rośliny doniczkowe, wbrew pozorom są łatwe w uprawie. Nie powiem, żeby dojść do tego wniosku, kilka, a może i kilkanaście, roślin zmarnowałam po drodze, ale metodą prób i błędów mniej więcej nauczyłam się, jak o nie dbać, jakie gatunki mi się sprawdzają a jakie lepiej omijać szerokim łukiem.

Skąd biorę rośliny?

Jak wiemy, rośliny, zwłaszcza te akurat modne, potrafią być bardzo drogie. Czasem szkoda inwestować 50 czy 100 zł w roślinę, która nie wiadomo, czy u nas się sprawdzi i…przeżyje. Jeśli już kupuję jakąś nową roślinę do domu, bo na przykład nie mogę jej znaleźć nigdzie indziej, najczęściej wybieram te mniejsze i nieco tańsze okazy. Tak było w przypadku chociażby monstery, która w niedługim czasie rozrosła się do dość znacznych rozmiarów. Zresztą, na wiosnę planuję pierwszy raz próbować ją rozmnożyć, gdyż puściła ostatnio wiele korzeni powietrznych, a podobno to oznaka, że taka próba może się powieść. Już czytałam jak to mniej więcej zrobić, szkoda by mi było obcinać na marne te piękne, wielkie liście, także czekam byle do wiosny.

Zawsze sprawdzam działy wyprzedażowe roślin podczas zakupów w sklepach budowalnych, Ikei i co najważniejsze w dyskontach jak Lidl i Biedronka. Już nie jeden raz trafiłam w ten sposób na świetne okazje i po dużo niższej cenie, nieraz 50% oryginalnej ceny, zakupiłam rośliny w dobrym stanie. Z takich właśnie promocji mam te wielką palmę oraz fikusa.

Warto tez polować na okazję na OLX, zwłaszcza te w niedalekiej od nas odległość – często jakie firmy wyprzedają swoje rośliny, a są to nieraz bardzo duże okazy albo prywatne osoby dorabiają sobie, sprzedając własnoręcznie uhodowane sadzonki.

Takie sadzonki często tez spotykałam na targu, takim zwykłym spożywczym albo wyprzedaży garażowej czy targu staroci. W ten sposób można nabyć roślinki w naprawdę okazyjnych cenach, a do tego od kogoś, kto włożył w jej wyhodowanie całe serce.

Jednak zdecydowana większość moich roślin to prezenty od rodziny czy znajomych lub wyproszone (ale też niekoniecznie) sadzonki. Jak ktoś nie wie co mi kupić, to nowa roślina (czy też swoja sadzonka) będzie zawsze trafionym pomysłem. Jeśli też tak macie, powiedzcie o tym po prostu swoim bliskim – oni nie będą mieli problemu z wyboru prezentu a Wy z kolei nie będziecie narażeni na nietrafione podarunki. W ten sposób możecie też zacieśnić więzi rodzinne, bo zawsze znajdzie się gotowy temat do rozmów – chociażby jak tam się miewa ta sadzonka, którą ostatnio podarowała Wam babcia. A i dla niej będzie miło, że mogła Was czymś podarować, co autentycznie Was ucieszyło 😊

Jest też takie powiedzenie, że najlepiej przyjmuje się ukradziona sadzonka, ale tego jeszcze nie próbowałam 😉

Jak pielęgnuję moje rośliny?

Coś, czego nauczyłam się bardzo szybko – przede wszystkim staram się ich nie przelewać. Zauważyłam, że z dwojga złego lepiej już roślinę nieco przesuszyć niż ją przelać. Przesuszoną często udaje się jeszcze odratować, przelana najczęściej niestety już gniła. Przy podlewaniu dobrze zwrócić uwagę na kilka aspektów – po pierwsze podlewać dopiero, kiedy ziemia w doniczce jest już sucha, po drugie nie lać wody po liściach, zwłaszcza, jeśli może się w nich zbierać woda – wtedy będą gnić, po trzecie rośliny nie powinny stać stale w wodzie tylko mieć możliwość jej odprowadzenia, np. na podstawkę.

Bardzo lubię rośliny o drobnych listkach, Jednak zauważyłam, że są one zazwyczaj dużo delikatniejsze od tych z liśćmi większymi. Często zdarza się, że potrzebują zdecydowanie częstszego podlewania, a jeśli się tego nie dopilnuje, ich drobne listki zaczynają usychać, co jest wyjątkowo upierdliwe, kiedy trzeba je oberwać… Dlatego, jeśli nie macie ochoty sprawdzać codziennie stanu gleby w doniczkach, lepiej jednak ich unikać.

Większość roślin lubi, kiedy zrasza im się liście więc warto to od czasu do czasu zrobić. Duże liście, tak jak i inne powierzchnie w domu, należy też wycierać w kurzu. Wiem, to czasem zabiera dość dużo czasu. Żeby robić to nieco rzadziej, można od czasu do czasu zafundować roślinom zraszanie hurtowe pod prysznicem (znowu pamiętając, aby miały możliwość pozbycia się nadmiaru wody po wszystkim).

Do różnych roślin są różne nawozy. Są tez nawozy uniwersalne, ale mogą one nie działać tak skutecznie jak te specjalne (wiadomo – jak coś jest do wszystkiego…). Ja jednak mam te uniwersalne (bo mam za dużo rodzajów roślin i musiałabym mieć chyba tyle samo rodzajów nawozów) i co jakiś czas (raczej niezbyt regularnie) mieszam je z wodą i nawożę. Kiedys kupiłam takie specjalne nawozy do storczyków, bo przestały mi kwitnąc na dłuższy czas i rzeczywiście – kiedy się je stosuje, potrafią kwitnąc cały czas bez przerwy. Jednak i bez nich całkiem dobrze sobie u mnie radzą – zazwyczaj jak jedne przekwitają, z drugiej strony odrastają nowe łodygi z nowymi pączkami. Można tez próbować naturalnych sposobów nawożenia – słyszałam o nawozie, podobno bardzo skutecznym, ale okropnie śmierdzącym, z zaparzonych i przegniłych liści mięty czy już o zupełnie innym zapachu…zużytej kawie. Tej kawy używam, gdyż u mnie w domu pije się ją w dużych ilościach, ale jeszcze zbyt krótko, żeby móc się podzielić wrażeniami.

Rośliny trzeba też co jakiś czas przesadzać. Jak często? Zależy, czy chcecie, żeby szybciej czy wolniej rosły, ale już na pewno wtedy, kiedy korzenie zaczynają praktycznie rozsadzać doniczkę. Lepiej robić to wiosną i latem, choć mi zdarzyło się także jesienią i zimą i w sumie nic takiego się z nimi nie działo.

Zimą najlepiej nieco odsunąć rośliny od grzejników i trochę mniej je podlewać, gdyż zazwyczaj przechodzą one w tryb zimowy.

Jeśli zauważycie, że roślina dobrze czuje się w danym miejscu – zostawcie ją w spokoju. One nie lubią ciągłych zmian miejsc. Jeśli jej liście wychylają się ku słońcu i denerwuje Was, że rośnie niesymetrycznie (mnie to zazwyczaj denerwuje), możecie ją po prostu obrócić.

Jeśli roślince zaczynają żółknąc liście, z tego co zauważyłam, najczęściej jest przelana więc najpierw sprawdziłabym stan je gleby i czy nie stoi w wodzie. Jeśli to nie to to może jednak ma za sucho? A jeśli to też nie wydaje się być problemem, to warto po prostu poczytać o danym gatunku i zweryfikować, czy pielęgnujemy je w odpowiedni sposób (albo zapytać babci – ja tak często robię 😉). Aha, jeśli listek zaczyna żółknąć, ja go już po prostu ucinam – on już nie zzielenieje a po co roślina ma marnować energię na jego utrzymywanie (i po co ma mi psuć humor 😉).

To chyba wszystko. To teraz trochę zdjęć roślinek z mojego mieszkania. Niestety nie wszystkie mogę opisać nazwą bo części po prostu nie znam, jeśli Wy wiecie, jak nazywa się dana roślinka z tych nieopisanych, dajcie znać w komentarzach.

Ufff, dobrnęliśmy do końca. Jak widzicie, trochę tych roślin jest. Jeśli chcecie zobaczyć je w szerszym kontekście, zapraszam do wpisów ze zdjęciami całych pomieszczeń czyli: kuchni, salonu, sypialni i pokoju do pracy.

Jakie są Wasze ulubione rośliny domowe? A może nie lubicie żywych roślin w ogóle? Dla mnie stanowią one najpiękniejszą ozdobę każdego wnętrza.

4 wypowiedzi na temat “Zielone rośliny w moich wnętrzach

  1. Efektowna kolekcja 🙂 Wiele gatunków Twoich roślin znam dzięki mamie – w rodzinnym domu zawsze było dużo kwiatów doniczkowych (na stole w dużym pokoju – zawsze wazon z ciętymi). Niestety nie mam takiej ręki do roślin jak mama – widać to zwłaszcza teraz (listopad) i potrwa do wiosny… Epipremnum świetnie ma się w mojej kuchni, ale bluszcze, paprotki, cytryna (ponad metrowa) – smutnieją… Córeczka (4 lata) ma swoje kaktusy – one mają się względnie dobrze 🙂 Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Na wstępie może powiem, że mało kiedy komentuję cokolwiek na różnych blogach, do których zaglądam, ale nie mogłam się tym razem powstrzymać. Przede wszystkim bardzo lubię tu wchodzić i czytać! Jest to dla mnie jedno z niewielu wartościowych miejsc w Internecie i wielka szkoda, że wpisy są raz na tydzień. Bardzo lubię wpisy o urządzaniu i architekturze, ale też lubię podglądać, jak mieszkasz 🙂 Poprzedni wpis o Szwecji też był bardzo ciekawy.
    Rośliny podobają mi się, a masz ich rzeczywiście sporo! Tak jak Ty, uważam, że mogą one być jednym z najprostszych sposobów na ożywienie (dosłownie i w przenośni) wnętrz. Niestety zajęło mi sporo czasu, żeby dojrzeć do posiadania roślin. Większość z nich mordowałam i to głównie dlatego, że niezbyt zwracałam uwagę na warunki, w jakich powinny dane gatunki być. Niestety część roślin dostawałam w prezencie i o ile jest to rzeczywiście fajny pomysł na zwiększenie kolekcji, to niekiedy właśnie brak odpowiednich warunków zabijał dane rośliny. Mam bardzo ciepłe i jasne mieszkanie, więc zaczęłam na to bardzo zwracać uwagę i albo kombinować ze stanowiskiem danej rośliny albo po prostu na nią się nie decydować, jeśli nosiłam się z zamiarem zakupu. Najbardziej lubię „rośliny dla leniwych” 😉 sansewierie, zamiokulkasy, juki, draceny, epipremnum lub filodendron (lemon lime np.) – rosną jak wściekłe w moich warunkach. Ale sukulenty jakoś mnie nie lubią: zabiłam całą masę, mimo, że to takie bezproblemowe rośliny, np. starzec lub escheweria, pasujące do moich warunków. Powiem Ci, że zaskoczyło mnie nazywanie grudnika kaktusem, ale to rzeczywiście kaktus 😉

    Zwróciłam uwagę na dość rzadką liczbę liści przy Twoim epipremnum N’Joy (bodajże w sypialni, puszczone z szafy) i wydaje mi się, że można byłoby je popodcinać, ukorzenić i potem wsadzić do doniczki, żeby trochę zagęścić górę, a tym samym żeby one spuszczały większą kaskadę … pewnie można o tym więcej gdzieś poczytać 😉 A może i o tym wiesz.

    Powiedz proszę, jak zimujesz pelargonie? Mam na balkonie i nadal mają kwiaty i pąki, zastanawiam się, czy ich nie przechować na przyszły rok, ale nie wiem, jak się za to zabrać … i czy w przyszłym równie obficie będą kwitły (słyszałam, że to raczej nie jest pewne).

    1. Jejku, bardzo, ale to bardzo dziękuję za tak obszerny komentarz! Jest mi naprawdę miło czytać takie słowa, to najlepsza nagroda za to moje pisanie 🙂 Rzeczywiście – masz rację, takie roślinne prezenty trż mogą okazać się nietrafione jeśli nie są dostosowane do warunków, jakie mamy w domu. Nie pomyślałam o tym, bo u mnie okna z jednej strony wychodzą na północ, z drugiej na południe i zawsze znajdzie się odpowiedni „kąt” dla danej roślinki 😉 Co do „kaktusa” – ja z kolei nie znałam nazwy grudnik, cieszę się, że też mogłam się czegoś nauczyć. WW ogóle w nazwach jestem dość kiepska – część z nich wyszukiwałam dopiero pisząc ten wpis 😉 Dzięki za radę odnośnie epipremnum N’Joy – spróbuję tak zrobi, bo faktycznie ta łysa i długa łodyga wygląda dość smętnie… Co do pelargonii – w zeszłym sezonie w ramach eksperymentu zostawiłam je po prostu na balkonie na całą zimę i zupełnie nic się z nimi złego nie stało. Teraz też tak pewnie zrobię, moje również wciąż obficie kwitną. Być może na wszelki wypadek zaszczepię sobie coś na zapas, gdyby te jednak nie przetrwały. Jednak wydaje mi się, ze to nie będzie konieczne. Ale ja mam balkon na drugim piętrze od południowej strony i dość mocno osłonięty.
      Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za komentarz. Fajnie tak sobie pogadać o roślinkach „z koleżanką” 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *