Moje rośliny doniczkowe – aktualizacja

Moje rośliny doniczkowe – aktualizacja

Dzień dobry po dłuższej przerwie! Spowodowana ona była zawirowaniami wakacyjno-wyjazdowymi, ale, że mamy już prawie jesień, to najwyższy czas powrotu do codziennej rutyny. Nie wiem, jak Was, ale mnie zawsze wrzesień nastraja do pracy, jakoś ten czas sprzyja skupieniu. Zapraszam Was na aktualizację dotyczącą roślin w moim mieszkaniu. Co mi przybyło, co ubyło, co mi się sprawdza a co nie i jaki jest mój stosunek do roślin względem ostatniego wpisu sprzed prawie dwóch lat – o tym dowiecie się w dzisiejszym wpisie. Dodatkowo, możecie zobaczyć duże zdjęć roślin w moich wnętrzach (i przy okazji podejrzeć, co jeszcze się w nich zmieniło). Zaczynamy!

Pożegnań czas

Porównując zdjęcia z poprzedniego wpisu z tymi aktualnymi, zauważyłam, że faktycznie dość sporo się przez te dwa lata u mnie wydarzyło w związku z roślinami. Z przykrością muszę też stwierdzić, że wielu roślin już u nas nie ma. I tylko kilku z nich z tego powodu, że znalazły nowy dom. Większość niestety po prostu nie przetrwała.

Spektakularną porażkę poniosłam na przykład w związku z tymi pięknymi okazami figowca lirolistnego i szeflery. Nie wiem, co robiłam z nimi nie tak, ale w pewnym momencie zarówno figowcowi jak i szeflerze zaczęły żółknąć liście i opadać. Próbowałam jakoś z tym walczyć – sprawdzałam, czy nie mają za mokro, za sucho, czy nie stoją za blisko grzejnika, czy nie mają za mało światła. Próbowałam przesadzić sadzonki a nawet szeflerę dałam na odratowanie babci (co jej się udało już w wielu wcześniejszych przypadkach). Niestety wszystko na nic – obie roślinki w końcu padły. Stwierdzam, że jednak te gatunki nie są mi po prostu pisane i już więcej z nimi nie ryzykuję.

Podobny problem mam z bluszczami w mieszkaniu. Dodaję w mieszkaniu, bo bluszcz na balkonie ma się bardzo dobrze mimo przecież dużo trudniejszych warunków. Na zimę chowam go do domu, ale jednak na co dzień przebywa na całkiem zacienionym, północnym balkonie. W tym roku dołączyły do niego dodatkowe sadzonki od mojej teściowej (za które bardzo dziękuję!) a także młoda lawenda, która – mam nadzieję – rozrośnie się ładnie w przyszłym roku. Choć jeszcze nie wiem, co mam z nią zrobić przez zimę… Zapytam teściowej 🙂

Wracając jednak do bluszczy w domu – bardzo je lubię i swego czasu miałam ich dość dużo. Lubię kształt ich liści i to jak się wiją, lubię to, że są zwisające – generalnie lubię rośliny zwisające. Niestety – każdy kolejny okaz przechodzi w końcu ten sam proces – liście zaczynają matowieć, usychać i opadać (choć ziemia nie jest ani za sucha, ani za mokra) aż zostaje sama łodyga, też powoli usychająca. Kiedyś miałam takie piękne bluszcze a teraz został mi tylko jeden marny w tej doniczce z kołem… Czy ktoś może mi powiedzieć, co z nimi robię źle?

Nie mam również szczęścia do roślin o drobnych listkach. Robiłam już do nich kilka podejść i za każdym razem fiasko. Listki powoli opadały, a że drobne, to było to okropnie denerwujące, bo trudno je pozbierać. Choć bardzo lubię drobne listki, w końcu się z nimi poddałam i już takich roślin nie kupuję i nie biorę od nikogo. Cóż, dla mnie są po prostu za trudne. Mam jeszcze jeden okaz pilei drobnolistnej w sypialni, jak na razie nawet nie traci liści i trzymam kciuki, żeby tak było. Nigdzie jej nie przestawiam i nie ruszam, jak jej tu dobrze, niech sobie stoi, choć nie powiem, dużo nerwów przy niej straciłam zanim znalazłam jej odpowiadające jej lokum. Księżniczka się znalazła…

Fiasko poniosłam też przy tym małym kaktusie, którego chyba przelaliśmy bo w końcu odpadła mu główka, pozostawiając gnijący jakby trzpień przy ziemi. Szkoda, bo był bardzo ładny.

Straciliśmy również paprotkę, ale, że była ona wykopana z lasu, to liczyłam się z tym, że może nie przyjąć się w tak innych, mieszkaniowych warunkach.

Trudne okazy

Zdaje się, że żegnam się powoli ze storczykami, w których pielęgnacji kiedyś mi bardzo dobrze szło. Nic nie zmieniłam jeśli chodzi o pielęgnacje, ale storczyki zaczynają umierać – nie kwitną już tak często jak dotychczas a ich liście marszczą się i w końcu odpadają. Podarowałam też bratu jednego storczyku, i u niego dzieje się to samo. Nie wiem, czy to po prostu ich czas, czy coś się jednak z nimi dzieje. Spróbuję jeszcze odżywki, to im zazwyczaj pomagało.

Oprócz storczyka, bratu oddałam również ananasa (ususzył) oraz różę chińską, bo jest trująca i bałam się o mające przyjść na świat maleństwo. Róża, o dziwo, ma się u brata świetnie, lepiej niż u mnie. Pięknie mu wyrosła mimo, że tak powiem, skąpej pielęgnacji (może tego jej było trzeba?) oraz często kwitnie.

Mamie z kolei oddałam asparagusa, bo coś mu się zaczęło źle dziać i po prostu zaczęły mnie denerwować opadające ciągle drobne igiełki.

Mamy również problem ze skrzydłokwiatem, który przez kilka lat bardzo dobrze się u nas rozwijał od małej sadzonki z akcji rozdawania roślin w Krakowie, a teraz zaniemógł. Liście zaczęły mu wiotczeć i marnieć, był przez chwilę w innym miejscu, może to mu zaszkodziło. Teraz przywróciliśmy mu wcześniejsze miejsce, bliżej światła, mam nadzieję, że mu to pomoże.

Zwycięską ręką

Uff, przebrnęliśmy przez akapity porażkowe, teraz czas na sukcesy. Zacznijmy od, moim zdaniem, największego czyli uratowania z bardzo kiepskiego stanu starca Rowleya. W poprzednim wpisie z tej serii chwaliłam Wam się nim podwieszonym w gabinecie, a już na tych zdjęciach widać, że coś się z nim zaczęło złego dziać. Kuleczki zaczęły tracić kształt kulek na rzecz łezek, jakby tracić na objętości a potem usychały. I to najgorsze, że od góry, w pewnym momencie zostało z niego już tylko kilka smętnych suchych i łysych pędów z kilkoma marnymi kulkami na dole. Bardzo się staraliśmy odpowiednio go pielęgnować, jednak najwyraźniej nie wyszło nam to. Starzec był już w stanie praktycznie do wyrzucenia, więc nie mieliśmy wiele do stracenia – obcięliśmy pędy te jeszcze żywe i rozłożyliśmy ja na płasko w małych doniczkach na nowej, przygotowanej wcześniej mieszance gotowej ziemi dal sukulentów z wermikulitem (za radą znalezioną w Internecie). Wynieśliśmy tez doniczki na południowe okno. Tak się złożyło, że wyjechaliśmy później z Krakowa na dwa tygodnie i w tym czasie nikt nie podlewał naszych roślin. Byłam więc bardzo zaskoczona, kiedy po powrocie okazało się, po pierwsze, to dłuższe niepodlewanie przysłużyło się większości roślin, a po drugie małe starce puściły korzenie do gleby, „liście” wypełniły się, nabierając kulistego kształtu i rozrosły się, zaczynając zwisać poza doniczkę! Zobaczcie sami, jak się zmieniały w czasie. Teraz mamy ich kilka pięknych okazów i bardzo o nie dbamy. Mój wniosek jest jednak taki, że starce są jednak dość trudne w hodowli, lepiej się też czują na południowej wystawie i kiedy są lekko podsuszane.

Drugim sukcesem jest uratowanie trudnego dla mnie w hodowli epipremnum n’joy, które tak smętnie zwisało w sypialni. Za radą jednej z moich czytelniczek (dziękuję!) obcięłam ten łysawy pęd do wysokość górnych liści, odcięłam pęd całkowicie bez liści a końcówkę włożyłam do wody. Faktycznie, po czasie puściła korzenie więc wsadziłam ją z powrotem do ziemi, dzięki czemu roślina zagęściła się i wygląda już teraz znacznie lepiej. Zrobiłam tak zresztą więcej razy, kiedy pędy były już za długie, a przy doniczce nie było już liści. W ogóle dzięki temu rozmnożyłam to epipremnum i mam je też w innych miejscach w mieszkaniu. Na szczęście, przestało mi już tak zrzucać liście więc ten trick nie jest mi już potrzebny.

Epipremnum n’joy łatwo pomylić z epipremnum złocistym, które ma tylko delikatnie inne liście, za to o wiele więcej wybacza. To w sypialni dalej mi się pięknie rozrasta i żeby nie przeszkadzało, zahaczyliśmy je o lampę górną (ma żarówkę led więc nie grzeje). Uwielbiam patrzeć na nie, jak się budzę, w ogóle uwielbiam rośliny w sypialni i to, jaki tworzą przyjazny mikroklimat.

Uratowane, tą samą metodą co starzec Rowleya, grubosze również rosną nam jak szalone. Jako, że liczyliśmy, że z przesadzonych sadzonek większość może się nie przyjąć a przeżyły wszystkie, mamy ich mnóstwo, dobrze nam rosną i to nimi najczęściej obdarowujemy rodzinę i przyjaciół, wybierając się np. na parapetówkę 😉

Generalnie to mam wrażenie, że moje mieszkanie opanowane jest przez grubosze, epipremnum oraz nowość – trzykrotkę.

Roślinne nowości

Trzykrotka, a właściwie trzykrotka zebrina (Tradescantia zebrina) to roślinka, która pojawiła się u mnie na wiosnę. Zboczyłam ją u mamy i bardzo spodobała mi się ze względu na niespotykane kolory oraz zwisający kształt, jaki przyjmuje. Akurat padł mi kolejny bluszcz i potrzebowałam czegoś na jego miejsce więc mama zerwała mi kilka końcówek i dała do autobusu. O dziwo, wszystkie „zaszczepki” przetrwały drogę, w wodzie po kilku dniach puściły korzenie i po wsadzeniu do ziemi, przyjęły się. Faktycznie, tak jak mama mówiła, trzykrotka jest bardzo łatwa w uprawie, rośnie zarówno od północnej jak i południowej strony. I jako, że wszystkie sadzonki mi się przyjęły, mam teraz ich mnóstwo w całym domu.

W betonowej głowie również zamieszkała trzykrotka, i jako jedyna do tej pory dobrze się w niej czuje. Choć doniczka-głowa bardzo mi się podoba, jakoś do tej pory wszystko mi w niej umierało niestety.

Jak już wspomniałam, uwielbiam rośliny zwisające, dlatego z nowości pojawiły się u mnie kolejne wiszące doniczki. Właściwie w każdym pomieszczeniu z oknem, czyli w trzech pokojach i kuchni nad parapetami mam haczyki z makramowymi kwietnikami. Dzięki temu mogę wyeksponować moje roślinki, zapewniając im dużo światła i nie zabierając cennego miejsca w mieszkaniu. Poza tym podoba mi się taka ozdoba w oknach (i nie tylko).

Mam też kilka wiszących doniczek ze sklepu ze starociami, do których dokupiłam łańcuszki do powieszenia oraz jedną wielofunkcyjna zawieszkę przywiezioną z wycieczki do Szwecji. Wcześniej służyłam mi za świecznik, teraz trzymam na niej roślinkę powietrzną, którą wyrosła ze swojego wcześniejszego mieszkanka. W nim zamieszkał nowy, mniejszy okaz razem obok z kolegą w złotej, ażurowej zawieszce.

Nowością jest też ta piękna roślina, niezwykle trudna w utrzymaniu. Wypatrzyłam ją kiedyś na wystawie sklepu ogrodniczego i później dostałam na imieniny. Miło wiedzieć, że ktoś nas słucha 🙂 Jest to rodzaj zwisającego rozchodnika, którego specyficzne łodygi nazywają się podobno ogonami diabła przez przybierany kształt (część listków odpada i zostaje na końcu tylko „kiść” lub właśnie ogon). Bardzo ją lubię i jak na razie – a mam ją już ponad rok – ma się u nas dobrze. Wisi na południowym oknie i staramy się jej nie przelewać. Za to jej przesadzanie to jest koszmar, bo „listki” odpadają przy każdym, nawet najłagodniejszym dotknięciu. Dlatego, jak już się zaaklimatyzuje gdzieś, to lepiej jej w ogóle nie ruszać.

Stosunkowo świeżym nabytkiem jest ta śmietnikowa znajda, która z dwóch marnych listków rozrosła się do całkiem pokaźniej roślinki, wypuszczającej nowe sadzonki. Jest to pieniążek i podobno właśnie nie jest zbyt wymagający, szybko rośnie i łatwo się rozmnaża. Ma ładne, okrągłe liście ustawiające się przodem w kierunku słońca. Bardzo ładnie nam się odwdzięczyła za uratowanie ze śmietnika.

Kolejną nowością jest mój chyba aktualnie ulubieniec, czyli…kolejna zwisająca roślinka. Ceropagia Woodii (sznur serc, lampion chiński) to drobne, zwisające pędy z liśćmi w kształcie serc o zielono-srebrnym kolorze na górze i fioletowym od spodu. Wypatrzyłam ją u cioci mojego męża i dostaliśmy kilka odciętych pędów. Rozłożyliśmy ja na płasko na glebie i w ten prosty sposób się w niej przyjęły, wypuszczając korzenie i wydłużając pędy, które z czasem zaczęły opadać i zagęszczać się. Na razie wiszące serca grzeją się jeszcze na balkonie, ale wkrótce będziemy musieli je schować do domu razem z resztą roślin wystawionych na lato na balkon. Zimą serca stoją sobie na tej uroczej podstawce w kształcie miniaturowej wersji peacock chair na kredensie w salonie.

Ostatnim roślinnym zakupem jest klasyk, który widuję w wielu domach i stąd wiem, że nie jest trudny w pielęgnacji. Jest to Sansewieria, czyli wężownica lub, jak ją nieraz potocznie nazywają języki teściowej. Rzeczywiście nie ma dużych wymagań i odkąd dostała większą donicę, rośnie sobie grzecznie, co jakiś czas wypuszczając nowe liście. Moja mama ma okaz, który jest już mojego wzrostu, także ona naprawdę dość szybko rośnie 😉

Starzy, dobrzy przyjaciele

Na koniec jeszcze kilka słów o roślinach, które mam od lat. Zacznijmy od mojej najstarszej, czyli mandarynki, która zapoczątkowała moją miłość do roślin doniczkowych. Jest to w sumie pierwsza roślina, jaką dostałam. Mam ją od 16 lat! Co roku wystawiam ją na balkon, żeby zażyła trochę południowego słońca i powietrza. W tym roku jednak słońce bywało tak mocne, że kilka liści się przepaliło. Ale ogólnie dobrze jej to robi. Niestety, już czas wracać do domu na zimę. Pewnie przydałoby jej się również przesadzenie do większej donicy i solidniejsza podpora, ale chyba zaczekam z tym do wiosny.

Bardzo długo mam też nieśmiertelne fiołki od mojej babci. W dalszym ciągu raz kwitną na biało-niebiesko, raz na fioletowo. Bardzo je lubię i mam do nich duży sentyment.

Ogromnie rozrosła się monstera. Właśnie kupiliśmy jej większą, ceramiczna donicę, bo obecna jest za lekka i monstera już dwa razy prawie się na mnie przewróciła, kiedy otarłam się o nią przechodząc. Musimy ją koniecznie przesadzić, jest tak duża, że potrzeba do tego dwóch osób. Przy okazji przesadzania będziemy ją pewnie znowu próbować rozmnożyć, co raz już nam się udało i monsterę ma teraz również moja mama. Sposób na rozmnożenie znalazłam w Internecie. Wydawał mi się aż nazbyt łatwy i trochę nie wierzyłam, że się to uda. Na łodydze z trzema liśćmi oraz korzeniem powietrznym zrobiliśmy nacięcie pod węzłem. W tym miejscu nałożyliśmy na łodygę folię z ziemią w środku. Po jakimś czasie, może po miesiącu, zauważyliśmy w folii z ziemią całkiem dorodne korzenie! Wtedy odcięliśmy do końca tę część i wsadziliśmy ją do ziemi. Wsadzona, ma się dobrze i wypuszcza kolejne liście. A my i tak chcieliśmy trochę zmniejszyć oryginalną roślinę, bo wybujała aż za bardzo. Także win-win.

Duża palma z promocji z Ikei również ma się dobrze i rośnie coraz większa. Razem z monsterą stanowią nasze największe roślinne okazy. Postawienie jej na podeście na kółkach było dobrym pomysłem, bo jest bardzo ciężka a tak można nią swobodnie manewrować i przesuwać, np. do sprzątania.

Mamy dalej też małą palemkę – palmę chamedora. Dostaliśmy ją w krakowskiej akcji rozdawania mieszkańcom roślin antysmogowych. Zaraz musimy ją z powrotem schować do domu, żeby nie umarzła. Kto by pomyślał, że końcówka lata będzie taka zimna! właśnie mi pokazuje temperaturę na zewnątrz 9 stopni, a odczuwalnie 7. Brrr….

Kaktus – grudnik doczekał się małych – czasem zrzuca „liście” lub fragmenty i one puszczają po prostu korzenie, jak znajdą jakiś grunt. Od czasu do czasu też nam kwitnie.

Zamiokulkas, czyli roślina dla opornych, też nam mocno wybujał i widzę, że wypuszcza nowe łodygi w pięknym, jasnozielonym kolorze.

Sukulenty to ulubione roślinki mojego męża i to on ma ja pod opieką, razem ze starcem i wszystkimi zwisającymi, do których mi trudno dosięgnąć 😉 Również dobrze się u nas czują, zwłaszcza na południowej wystawie.

Lucky bamboo z Ikei, który rósł we flakonie w wodzie zrobił nam za to niespodziankę. Wypuścił do flakonu tak duże korzenie oraz nowe pędy, że w pewnym momencie mieliśmy do wyboru – zachować flakon lub roślinę. Wybraliśmy roślinę, a flakon musiał zostać stłuczony, aby wydostać korzenie. Doczytaliśmy w Internecie, że można go wsadzić do ziemi i tak też zrobiliśmy. Ufff, na razie żyje 🙂

Gwiazda betlejemska to pozostałość po świętach. Zazwyczaj gwiazdy jakiś czas po świętach mi padały, ta jednak przeżyła, zrzucając jedynie czerwone liście i obrastając w zielone. Podobno są jakieś triki, jak ją zaczerwienić na święta, może ktoś zna coś sprawdzonego?

Z roślin balkonowych najlepiej trzyma się bluszcz, całkiem nieźle mimo północnej wystawy pelargonie, a jako tako glicynia, która miała trochę pecha w tym roku. Raz, że została przesadzona, a dwa, że kilka razy wyjeżdżaliśmy a glicynia niezbyt dobrze znosi przerwy w podlewaniu. Plan jest jednak taki, aby w przyszłym sezonie lepiej o nią zadbać. Zaczniemy od owinięcia ją przed zmarznięciem na zimę. Mam też jakąś losową, sezonową roślinkę z targu, ale tak średnio się prezentuje, bo dorwała się do niej chyba jakaś gąsienica, robiąc paskudne dziury w liściach, które poobrywałam. dlatego teraz jest taka łysawa. No i z okazji nadchodzącej jesieni na balkonie zawitały już wrzosy. Wrzosy kojarzą mi się właśnie z końcówką lata, maja taki jakiś melancholijny klimat.

I to wszystko, jeśli chodzi o moje rośliny. O żadnej nie zapomniałam! Przez te dwa lata od ostatniego wpisu, dużo roślin oddałam – czy to takich mniej lubianych, czy nowych szczepek, bo prawda jest taka, że już nie mam więcej miejsca na rośliny. Choć jest jeszcze wiele gatunków, które bardzo chciałabym mieć, jednak staram się (staram!) powstrzymywać przed zakupem, w wyjątkowych wypadkach się na cos skuszę, jak w przypadku wiszących serc.

Poprzez powieszenie roślin w makramowych kwietnikach, uwolniłam też trochę parapety i półki i zrobiło się jakoś lżej w mieszkaniu. Ha, właśnie mi się przypomniało, że na powieszenie czeka jeszcze jedna makramowa doniczka, znaleziona na śmietniku. Doniczkę umyłam, sznurek wyczyściłam i czekają tylko na jakiś haczyk. Muszę się jeszcze zastanowić, gdzie ją powiesić, mam kilka typów miejsc, poprzymierzam najpierw, bo jednak dziura w suficie to poważna sprawa 😉

Jeśli ciekawi Was, skąd zazwyczaj biorę swoje rośliny, a często „zdobywam” je dość budżetowo, bo szkoda mi ryzykować kilkudziesięciu czy stu złotych, jeśli nie wiem, czy dana roślina u mnie się przyjmie, zapraszam do poprzedniego wpisu. Tam też więcej wspominam o pielęgnacji, choć pokrótce mogę ująć to tak: podlewamy rośliny mniej więcej raz w tygodniu, ale zawsze sprawdzając, czy na pewno tego potrzebują. Od czasu do czasu podlewamy je wodą z odżywką, od czasu do czasu je myjemy szmatką lub pod prysznicem. Zazwyczaj po zakupie przesadzam je od razu do większej donicy ze spodkiem i potem do osłonki lub jeśli roślina idzie prosto do doniczki z jakichś powodów, wysypuję spód keramzytem dla drenażu. I to właściwie tyle.

Kiedyś rośliny traktowałam bardziej osobiście, uczuciowo, miałam wrażenie, że mnie wyrażają. Chyba już trochę z tego wyrosłam i podchodzę do tematu bardziej przyziemnie. W sumie jak do każdej „kolekcji” tak i do roślin nabieram przekonania, że co za dużo to niezdrowo i kiedyś trzeba powiedzieć: stop, żeby już doszczętnie nie zagracić przestrzeni do życia. Choć chyba rośliny to i tak najmniejsze zło, jeśli chodzi o zbieractwo 😉 A może nie? Co Wy o tym sądzicie? Jakie macie podejście do roślin? Kochacie je, doceniacie ich walory we wnętrzach czy może raczej unikacie? Jakie są Wasze ulubione gatunki? Podzielcie się koniecznie w komentarzach, chętnie podejrzę jakieś inspirację (tylko podejrzę!).

Pozdrawiam, K.

Poniżej inne wpisy ze zdjęciami mojego mieszkania:

2 wypowiedzi na temat “Moje rośliny doniczkowe – aktualizacja

  1. O to, to. Też chętnie się dowiem, co z tymi bluszczami, bo mam ten sam problem. Kupowałam już w każdym sklepie i zawsze tak samo. A to podobno rośliny dla opornych… Piękna kolekcja! Cudownie wpisały się w Twoje cztery kąty! Ja zarzekałam się, że w nowym domu będzie minimalistycznie i bez roślin. Tja… Nie wyszło 🙃

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.