10 powodów, dzięki którym zakochałam się w Nowym Jorku

10 powodów, dzięki którym zakochałam się w Nowym Jorku

Niemożność wyjazdów zwiększa chęć na nie. Sprawie też, że z większym sentymentem podchodzę w mojej pamięci do tych już za mną. Być może część wspomnień nawet idealizuję. Jeden z moich wyjazdów jednak szczególnie zapadł mi w pamięć i bardzo często do niego wracam myślami. Jest to też miejsce, do którego bardzo chciałabym wrócić, a u mnie rzadko pojawiają się takie uczucia – raczej mam ochotę poznawać nowe miejsca. Tym miejscem jest, jak mogliście już zauważyć po tytule wpisu, Nowy Jork.

W Nowym Jorku byłam dokładnie dwa lata temu, w maju. I przez te dwa lata zbierałam się do napisania tego wpisu. Miałam tyle do opowiedzenia, że ostatecznie… nie napisałam nic. Jakoś chyba obawiałam się, że przelewając moje myśli na papier (ekran), w pewien sposób je zniszczę? Nie wiem, skąd wzięło się to przekonanie. W każdym razie, będąc znów na fali wspomnień z tego miejsca, chciałabym Wam opowiedzieć o kilku powodach, dla których się w nim zakochałam.

Zapraszam!

(kolejność przypadkowa)

1. Pozytywna energia miasta

Choć doceniam uroki natury, sama najlepiej czuję się w środowisku miejskim. Gdzie mam pod ręką wszystko, czego mi potrzeba i nie mam konieczności poruszania się na co dzień samochodem. Ma to dla mnie ogromne znaczenie. Im większe miasto, tym łatwiej o to. A w Nowym Jorku to już w ogóle. Jednak duże miasto to też dużo ludzi. Wiadomo, na dłuższą metę, tłumy męczą. Ale z drugiej strony, idąc w takim tłumie w godzinach szczytu, kiedy trudno nawet na chwilę zatrzymać się, żeby zawiązać buta czy zrobić zdjęcie ciekawemu budynkowi, uświadomiłam sobie potęgę tego miasta. Coś musi w nim być, skoro tyle ludzie decyduje się tu mieszkać i żyć, mimo iż koszty mieszkania tutaj są ogromne i ciągle jest się narażonym na te szalone tłumy – na chodniku, ulicy, w metrze, sklepie. Jednak ta energia porywa. Czułam, że jestem częścią czegoś większego. Że wszyscy mamy podobne cele i generalnie – że jesteśmy podobni. Chcemy CZEGOŚ doświadczyć. Coś osiągnąć, czymś się zainspirować. Tylko w dużym mieście jestem w stanie to poczuć, a już szczególnie w Nowym Jorku, na Manhattanie. Można też tutaj zauważyć, jak dużo się w mieście dzieje. Co chwilę natykałam się na jakieś uliczne widowiska czy koncerty, wystawy czy inscenizacje. W końcu Nowy Jork to również perełka kulturalna. Tu swoje miejsce znalazła ogromna rzesza artystów z wszelakich branż. Co ich tutaj przyciągnęło? Mam wrażenie, że właśnie ta wolność do wyrażania siebie i energia, którą czuje się od razu i która popycha do działania. Myślę, że jest to środowisko bardzo sprzyjające kreatywności, w którym chciałabym choć przez chwilę zamieszkać, żeby się o tym samej przekonać.

2. Anonimowość w dużym mieście

Jako introwertyczka najlepiej czuję się w dużych miastach, gdzie pomimo ogromnej liczby ludzi mogę zachować anonimowość. Nie lubię małomiasteczkowej mentalności, gdzie wszyscy patrzą sobie na ręce, interesują się życiem innym w większym stopniu niż powinni. Tutaj czułam się wolna. Nikt się mną nie interesował. Nie, w sumie to odwrotnie. Każdy się interesował i zagadywał. Ale były to obce mi osoby i robiły to w miły, kulturalny sposób. To mnie tutaj ogromnie zaskoczyło. Oczywiście wiedziałam, że Amerykanie są dużo bardziej komunikatywni niż Europejczycy, ale nie wiedziałam, że do takiego stopnia. Tutaj, wchodząc do sklepu, nie usłyszy się tylko: „dzień dobry, w czym mogę pomoc?”. Obsługa oczywiście pyta, jak się czujesz, skąd jesteś (po akcencie), zawsze stara się przypomnieć sobie jakiś fakt o Polsce albo przypomina o swojej babci, która z Polski pochodzi (prawie każda osoba, jaka mnie zagadywała, znała kogoś z Polski) i oczywiście każdy mówi, że był lub chciałby kiedyś pojechać do Europy, że Kraków i Gdańsk są takie piękne. Bileter, sprzedawca hot dogów, przypadkowa osoba na ławce w parku. Dla mnie było to szokujące, ale wbrew pozorom, nie tak meczące, jak mogłam się spodziewać. Może dlatego, że było to naładowane pozytywną energią – mam wrażenie, że cokolwiek bym nie powiedziała, reakcją tej drugiej osoby byłaby ekscytacja. Wszyscy mają ze wszystkim luz, ubierają się jak chcą – jedni chodzą w dresach i czapkach z daszkiem, inni jak na pokaz mody. Mam wrażenie, że nikt tu nikogo nie ocenia po wyglądzie. Czułam się tu bardzo swobodnie i bardzo mi się to podobało.

3. Typowa architektura Nowego Jorku

To nie tylko najsłynniejsza na świecie panorama wysokościowców. Wiecie, że jest ich tutaj ponad 5000? Kiedy pierwszy raz wysiadłam z metra i spojrzałam w górę, a potem jeszcze wyżej i wyżej, prawie się rozpłakałam ze wzruszenia. To było coś niesamowitego, nie zapomnę tego uczucia do końca życia. A moje pierwsze spotkanie z wysokościowcami w Manhattanie miało miejsce nie w byle jakim miejscu tylko przy samym Rockefeller Center. Wysokość – i bliskość – tych budynków była oszałamiająca. Po jakimś czasie oczywiście przyzwyczaiłam się do tego, ale na początku cały czas chodziłam z głową w chmurach. Ale Manhattan to nie tylko wysokościowce. Przecież już koło samego Rockefeller Center znajduje się słynna katedra św. Patryka w neogotyckim stylu, tak kontrastującym z okoliczną nowoczesną architekturą. Świątynia zbudowana jest z białego kamienia i sprawia piorunujące wrażenie, bo wygląda jakby świeciła, podczas gdy reszta budynków pogrążona jest już w cieniu. Znajdziemy tu też dzielnice o zupełnie innej architekturze. Na przykład eleganckie i bardzo typowe dla NY szeregowce z elewacją z piaskowca lub domki miejskie, a także wysokie kamienice. Większość z tych budynków pochodzi z przełomu XIX-XX w. Są bardzo charakterystyczne, na pewno je kojarzycie z różnych filmów. Niektóre z nich znajdują się w osobnych osiedlach mieszkaniowych, inne są wtopione w wysokie biurowce. Ten miks stylów i typów architektury jest tutaj ogromny, i choć gdzieś indziej mógłby razić, tutaj jakoś pasuje. Pewnie, znajdą się takie budynki, które wyglądają na bardzo stare, ale też bardzo zaniedbane – jakby ktoś specjalnie czekał, aż trzeba je będzie wyburzyć i postawić w tym miejscu kolejny wieżowiec, jednak gdzie tak nie ma? Ta mieszanka stanowi chyba o specyfice tego miasta, tak złożonego i zróżnicowanego, choćby pod względem kultur.

Wysokościowce:

Katedra św. Patryka:

Różne typy zabudowy mieszkaniowej:

Miks zabudowy:

4. Architektura art déco i perełki architektury

Spacer po Manhattanie to spełnienie marzeń dla miłośnika architektury, a już szczególnie tej w stylu art déco. Na pewno było nim dla mnie. Czego tutaj nie ma! Znajdziemy tu chyba realizacje większości słynnych nazwisk w świecie architektury, a wiele z nich znana jest na całym świecie, nie tylko wśród entuzjastów budynków. Weźmy choćby na przykład dwa najpiękniejsze wieżowce Empire State Building i Chrysler Building. Zobaczenie ich na żywo było jednym z moich największych marzeń. Ta wysokość, ten rozmach, to bogactwo detali. Coś niesamowitego. A doświadczenie wjazdu na taras widokowy Empire State Building mogę porównać chyba tylko do doświadczenia zobaczenia na żywo Piramid w Gizie. Ze słynnych budynków najbardziej wspominam także monumentalny dworzec centralny, wytworny Flatiron Building, modernistyczny kompleks ONZ z lat 50., tak dobrze mi znany z wykładów na studiach, artdekowskie wnętrza hallu 30 Rockefeller Center (do dzisiaj żałuję, że nie zdecydowałam się na obejrzenie panoramy także z tego miejsca), supernowoczesny nowy kompleks One World Trade Center. Wymieniać można dużo. W pamięci rysuje mi się również zjawiskowa panorama Manhattanu widziana z Brooklyn Bridge o zachodzie słońca, a później po zachodzie, kiedy miasta zaczyna rozbłyskać nocnymi światłami.

Empire State Building:

Chrysler Building:

Grand Central Terminal:

Flatiron Building:

Budynki ONZ:

Budynki Rockefeller Center:

Kompleks One World Trade Center:

Brooklyn Bridge:

5. Muzea i galerie

To kolejny z powodów, aby jeszcze tu wrócić. Jest tu tyle niezwykle ciekawych galerii i muzeów, że głowa mała! A w nich olbrzymie zbiory. W samym Metropolitan Museum of Art (MET) byłam dwa razy, a i tak brakło godzin, żeby obejrzeć choć połowę. Znajdują się tam dzieła sztuki znane na całym świecie – o których uczyłam się do matury z historii sztuki i marzyłam wtedy, żeby móc zobaczyć je na żywo. Kolekcje są ogromne – i dotyczą nie tylko sztuki, ale w ogóle historii i kultury ludzi z najróżniejszych czasów i miejsc na świecie. Chętnie bym tu wróciła – myślę, że nawet po tygodniu codziennego zwiedzania nie dałabym rady zobaczyć wszystkiego. W dodatku sama ekspozycja dzieł zrobiona jest – krótko mówiąc – z rozmachem. Podam przykład. Mamy dział o średniowieczu – czemu mielibyśmy nie zainscenizować wnętrza katedry wewnątrz muzeum! A może przenieśmy cały dziedziniec z włoskiego pałacu! Takie rzeczy chyba tylko w Ameryce. Nie mogę odżałować, że jeden z obrazów, dla którego w ogóle tu przyszłam, został przeniesiony w zupełnie inne miejsce, w innym mieście. Tego się nie spodziewałam. A mam na myśli konkretnie Lady Lilith Dantego Gabriela Rossettiego, jednego z moich ulubionych malarzy. Miałam również okazję zwiedzić – zarówno wystawy, jak i budynek wspaniałego Guggenheim Museum autorstwa chyba najsłynniejszego architekta amerykańskiego Franka Lloyda Wrighta. Kolejne miejsce, o którym uczyłam się na studiach i w końcu mogłam zobaczyć na żywo. Pamiętam taką anegdotkę o tym budynku, że dopiero kiedy powstał, uświadomiono sobie, że jego spiralny kształt, w teorii mający ułatwić zwiedzanie galerii sztuki, w praktyce okazał się niezbyt fortunny – bo jak tu powiesić obraz na zakrzywionej ścianie? Na miejscu bardzo zaskoczył mnie zbiór dzieł w tym muzeum – znajdziemy tu dzieła współczesne od końca XIX do XX wieku, również europejskie i wiele słynnych nazwisk np. mój ulubiony Kandinsky. Wewnątrz budynku moją uwagę zwrócił również dopracowany detal – gra białych brył, rozproszonego światła wpadającego od góry przez świetliki, żywej zieleni strategicznie rozmieszczonej i eleganckich, mosiężnych akcentów jak np. klamki, wodopoje. MoMA czyli Museum of Modern Art to kolejne słynne miejsce na mapie kulturalnego Manhattanu. Również zrobiło na mnie ogromne wrażenie pod względem niezliczonej ilości zgromadzonych dzieł sztuki współczesnej, a chyba najsłynniejszych tutaj prac: Gwiaździsta Noc van Gogha i Panny z Awinionu Picasasa nie muszę nikomu przedstawiać. Są tu nie tylko dzieła wybitnych malarzy, ale również filmy, fotografie, rzeźby czy instalacje. Myślę, że nawet dla laików wizyta tutaj będzie niesamowitym doświadczeniem. Ja chętnie bym tu wróciła, bo byłam tutaj podczas darmowych godzin i nie dość, że miałam ograniczony czas na zwiedzanie to jeszcze w ogromnym tłumie.

Metropolitan Museum of Art:

Guggenheim Museum:

Detale:

Wybrane z kolekcji:

Poniżej zdjęcia z Museum of Modern Art:

6. Central park

Raj w samym centrum. Pamiętam, że wybrałam się tu na samym początku wyjazdu. Był początek maja i wszystko kwitło. Pogoda była wspaniała. Czułam się tu wolna jak nigdy wcześniej, z perspektywą prawie trzech tygodni zwiedzania tego magicznego miejsca przede mną i ogromnymi pokładami pozytywnej energii. Leżałam na trawie, jedząc nowojorskiego hot doga i obserwując ludzi – turystów i miejscowych, młodych i starych, wolno spacerujących, bawiących się z dziećmi lub szybko zmierzających w konkretnym celu. Oglądałam mieszkańców pijących kawę lub jedzących lunch w eleganckich kawiarenkach, pary pływające łódkami po jeziorze, wielu ulicznych grajków i zespołów. Park jest olbrzymi. Byłam w nim kilka razy, raz nawet z naiwnym zamiarem przejścia go wzdłuż, co oczywiście mi się nie udało, jako że ciągle skręcałam gdzieś w bok, bo i tu i tam było coś ciekawego, co musiałam zobaczyć. Oprócz Jeziora są tu też inne zbiorniki wodne, ale też wielkie trawniki, gdzie można się rozłożyć, powykręcane ścieżki w gęsto zarośniętych zagajnikach pełnych wiewiórek, eleganckie, szerokie deptaki, kwietniki, zieleńce, zoo, sporo budynków, rzeźb i mnóstwo słynnych miejsc. No i widok. Nie tylko na park. Ale na to wszystko wokół – wspaniałe kamienice o schodkowych, zdobnych fasadach, słynny hotel Plaza czy może jeszcze słynniejszy Dakota Building (pod którym został zastrzelony John Lennon). Uwielbiałam leżeć na trawie i wpatrywać się w te niesamowite budynki, zastanawiając się, kto tam mieszka i jak żyje (i ile kosztują 😉).

7. Miejsca znane z książek, filmów, seriali

Zawsze, kiedy jestem w jakimś miejscu, kojarzy mi się ono z książką czy filmem, których akcja się tam działa. I szukam ścieżek i dróg, którymi podążał dany bohater. Nie inaczej mogło być tutaj. Przecież Nowy Jork był „bohaterem” tak wielu historii! Nawet nie wiem, od czego zacząć! Skoro pisałam o Central Parku to może tutaj. Pływanie łódkami po jeziorze – zawsze już chyba będzie mi się kojarzyć z filmem Zaczarowana, a sam park chociażby z Kevinem samym w Nowym Jorku. Przy jednym z wyjść z parku stoi majestatyczny hotel Plaza, w którym czas spędzali bohaterowie filmu Wielki Gatsby. Nie można pominąć słynnego okna wystawowego, w które wpatrywała się Holly Golithly w Śniadaniu u Tiffany’ego czy uroczej kamienicy, w której mieszkała. No i oczywiście słynne lokacje z Seksu w wielkim mieście czy serialu Przyjaciele. I wiele, wiele innych słynnych miejsc na przykład z filmów Woody’ego Allena.

8. Rozmach

Mam wrażenie, że to miejsce, gdzie ludzie nabierają odwagi. Nie tylko do wielomilionowych operacji finansowych czy kosztownych przedsięwzięć. Ale w ogóle do próbowania czegoś nowego. Do bycia innym. Do tworzenia. I to właśnie z rozmachem. Jak tworzyć park – to na prawie 350 hektarów, jak budować – to do nieba. Choć może ten rozmach to nie tylko cecha samego Nowego Jorku – tu nawet opakowania soku czy mleka w sklepach są ogromne. Ten rozmach może czasem budzić niesmak (jak na przykład wręcz ociekająco bogato zdobione wejścia do apartamentowców czy biurowców w kontraście do zaśmieconych ulic czy bezdomnych na ulicy), może onieśmielać, ale może też budzić podziw no i może w końcu być inspiracją. Ktoś się odważył. Może ja też mogę?

9. Łatwość komunikacji

Jak już pisałam na początku, uwielbiam miejsca, gdzie mogę się łatwo przemieszczać, bez konieczności używania samochodu. Wtedy czuję wolność. Tutaj też tak się czułam. Wszędzie można się dostać metrem, autobusem, kolejką lub…promem (no i oczywiście słynnymi nowojorskimi taksówkami). Mimo iż na początku sieć metra wydawała się zawiła, po kilku przejażdżkach bez problemu się w niej orientowałam. Ale komunikacja to nie tylko metro. Poruszałam się tu też autobusami – bo na przykład jest to jedyna opcja poruszania się równoleżnikowo między niektórymi ulicami na Manhattanie (metro kursuje tutaj tylko południkowo). Wybrałam się darmowym promem na Staten Island oraz kolejką linową na Roosevelt Island. Ale najwięcej oczywiście poruszałam się pieszo. Jak teraz słyszę w serialu, że ktoś przeszedł właśnie „just couple of blocks” czyli tylko kilka przecznic – ma już mój szacunek. Taki spacer, zwłaszcza w godzinach szczytu, to wyczyn. Serio. Taki „block” to całkiem sporo. Manhattan jest ogromny. Nowy Jork jest ogromny. Całe Stany są ogromne. Nie zdawałam sobie sprawy z tej różnicy w skali miast i dzielnic (pomiędzy Ameryką a Europą), dopóki się na własnych nogach o tym nie przekonałam 😉

10. Vintage shopy

Byłam tylko w kilku, ale już po tych kilku stwierdzam, że są najlepsze na świecie. Jeśli ktoś lubi szperać i wyszukiwać skarby, to będzie to idealne miejsce dla niego! Przez ograniczenie bagażu nie mogłam sobie pozwolić na duże zakupy, ale przywiozłam stamtąd kilka wspaniałych perełek, niestety tylko ubraniowych. Są to rzeczy sprzed wielu, wielu lat, co widać po metkach, ale tak wspaniałej jakości, że jestem pewna, że posłużą mi latami. Moimi najlepszymi łupami okazał się klasyczny, beżowy, kaszmirowy sweter, beżowa spódnica zakładana z pół koła oraz marynarka w pepitkę brązowo-beżowa o idealnym kroju. Swoje zakupy poczyniłam w vintage shopie na Brooklynie, który znalazłam przez Instagrama pewnej nowojorskiej dziewczyny, którą obserwuję od dawna. W Polsce próżno szukać takich sklepów, a jeśli już są, to ceny w nich są zawrotne. Brakuje mi tu takich miejsc. Czegoś na zasadzie Charity Shopów. Wiem, że jeden podobny powstał w Krakowie, ale nie miałam okazji jeszcze się wybrać.

Miało być krótko – nie wyszło. Ale trudno streścić tak intensywny wyjazd w kilku słowach. A przecież to nie wszystko, co mi się tam podobało, co najbardziej zapadło mi w pamięć. To przecież także jedzenie z najróżniejszych kuchni świata, spacer High Line Parkiem, który również zrobił na mnie ogromne wrażenie – chciałabym więcej tak kreatywnych sposobów na utworzenie zieleni w tak gęsto zabudowanych miejscach oraz wiele miejsc spoza samego Manhattanu. I spoza samego Nowego Jorku jak chociażby słynny kampus Harvardu. Ale wtedy ten wpis miałby pewnie długość przeciętnego przewodnika, z tymi moimi wszystkimi zachwytami i przymiotnikami. Myślę, że ten tekst można skrócić w słowach: chcę tu wrócić. Także na razie zostawiam Was z tym, a sama powracam do moich wspomnień. Pa pa!

Inne wpisy wyjazdowe:



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *