Przeglądnięte przez
Kategoria: Wnętrza

Metamorfoza kuchni

Metamorfoza kuchni

Zapraszam Was dzisiaj do przeczytania drugiego z serii wpisów o metamorfozach w moim mieszkaniu. Jak podpowiedział Wam tytuł, dzisiaj skupimy się na najbardziej wymagającym wnętrzu, czyli kuchni.

Właściwie to cała „przygoda remontowa” (he, he – przygoda – tak, jakby to było coś miłego…) rozpoczęła się własnie od kuchni. Stara kuchnia wymagała już odświeżenia, ale zapłonem do samego remontu okazała się być zmywarka. Bardzo chciałam mieć zmywarkę (zwłaszcza przy układzie, który jest w moim domu – czyli druga osoba gotuje, a ja zmywam ;)), ale nie było gdzie jej wstawić. W tym celu chciałam wymienić jedną z szafek, aby można było w niej umieścić zabudowaną zmywarkę. Okazało się jednak, że żadna nie ma odpowiedniej szerokości więc trzeba byłoby wymienić całe „pudło”, a co za tym idzie również górną szafkę, aby szerokość całej zabudowy się zgadzała. Przy okazji chciałam również wymienić fronty, bo stare były nieco zniszczone oraz blat. A skoro wymieniać blat, to pomyślałam, że czemu by w takim razie nie wymienić piekarnika na bardziej nowoczesny czyli wbudowany z osobną płytą oraz zlewozmywaka na wkładany w blat? Przecież i tak chciałam tak kiedyś zrobić… Po konsultacji ze stolarzami, który mieli dla nas zrobić te zmiany, okazało się, że „niewiele” drożej wyjdzie nas cała nowa zabudowa kuchni, bo przecież najdroższe w kuchni są same fronty, a „pudła” to przy nich prawie nic (no, może nie do końca tak jest ale w gruncie rzeczy mieli rację). Zgodziłam się i rozplanowałam kuchnię od nowa. W zasadzie jej układ pozostał taki sam, natomiast postawiłam na bardziej uporządkowany układ szafek (45+60+6-+60+45), dodałam dodatkowy rząd szafek górnych, zabudowanych do samego sufitu, wszystkie szafki dolne zaprojektowałam w formie szuflad, które są dla mnie najwygodniejsze. Zaplanowałam wypełnienie wszystkich szafek i szuflad oraz dobrałam liczbę i rozstaw półek dokładnie pod moje potrzeby. Myślę, że warto przed zamówieniem kuchni poświęcić na to trochę czasu i zawczasu wszystko zaplanować, zwłaszcza przy małej kuchni, aby zminimalizować (bo uniknąć nie da się nigdy) ryzyko niemiłych niespodzianek. Jeśli chodzi o kolor kuchni to, na początku byłam zdecydowana na biały w matowym wykończeniu. Wcześniej miałam białą kuchnie i bardzo podobało mi się, jak ten kolor w połączeniu z dużą ilością białych ścian wokół, powiększa i rozjaśnia pomieszczenie. Zaczęłam jednak szukać inspiracji w Internecie i znalazłam piękną kuchnię dwukolorową – biała góra oraz grafitowy dół. Bardzo spodobał mi się ten pomysł, pomyślałam, że dolne szafki w ciemnoszarym kolorze będą idealnie współgrać z ciemnoszarym gresem, który jest w kuchni oraz trochę przełamią tę wszechobecną biel. Poza tym, to połączenie wydaje mi się wyjątkowo eleganckie. Postanowiłam, że dolne szafki będą z ramkami i uchwytami w postaci złotych gałek, natomiast górne gładkie, bez żadnych uchwytów, dzięki czemu wysoka do sufitu zabudowa będzie wyglądać lżej (i faktycznie tak jest!). Dopełnieniem mojej eleganckiej biało-grafitowo-złotej kuchni miał być piękny blat. Wymarzyłam sobie blat ze spieków kwarcowych w imitacji marmuru. Choć zazwyczaj jestem przeciwna wszelkim imitacjom, to po zobaczeniu tego materiału na żywo, stwierdziłam, że jednak tu mogę zrobić wyjątek. Spiek kwarcowy w dotyku przypomina kamień więc do imitacji kamieni jest idealny, dodatkowo jest dużo twardszy od marmuru, mniej chłonny i…tańszy. Poprosiłam firmę wykonującą blaty o wycenę mojego blatu oraz wypełnienia ściany między dolnymi a górnymi szafkami i po jej trzymaniu niestety musiałam zrezygnować (na razie) z tego pomysłu, gdyż wyniosła ona 11 000zł! To zupełnie nie mieściło się w moim budżecie. Musiałam na szybko wybrać inny blat i zdecydowałam się na zwykły blat laminowany o wyglądzie marmuru, choć kiedyś w ogóle nie brałam takiego pod uwagę. Być może mogłam poszukać w innych firmach lub z innych materiałów, ale w tamtym momencie byłam już tym wszystkim bardzo zmęczona i chciałam po prostu mieć to za sobą. Jeśli chodzi o sprzęty, to wybrałam czarne i proste, oprócz okapu, który jest biały. W ostatnim momencie zdecydowałam się na piekarnik z funkcją mikrofali, który ma mniejszą niż standardowa wysokość i trzeba było przebudować pod niego szafkę. Na szczęście się udało, jednak nie pomyślałam o tym, że w takim wypadku nie będą się zgrywać szuflady – ta pod piekarnikiem z tą obok. No ale już trudno, muszę się pogodzić z tym, że błędów nie da się uniknąć. Będę uważniejsza w przyszłości 😉 Zlew jest również czarny, kwadratowy w kształcie z małym ociekaczem. Choć pasuje do kuchennych sprzętów, nie jestem z niego zbyt zadowolona, bo widać na nim bardzo zacieki z kamienia, które ciężko usunąć z jego lekko chropowatej powierzchni. Być może kiedyś wymienię go (razem z blatem:)) na biały, ceramiczny. Bateria jest ze „starej” kuchni, bo jest stosunkowo nowa i ma jeszcze 5 lat gwarancji, więc szkoda mi było ją wymieniać, ale może kiedyś to zrobię, bo do złotych uchwytów i reszty dodatków idealnie by mi pasowała złota bateria. Poza tym, ta jest niezbyt praktyczna, bo jest za krótka w stosunku do dość dużego zlewu. W szafce nad okapem musiały zostać wykonane otwory wentylacyjne, co widać na zdjęciach. W planach mam jeszcze umieszczenie dodatkowego oświetlenia w formie listwy pod górnymi szafkami, jednak projekt ten ciągle czeka na realizację 😉

Pod zmywarkę i płytę indukcyjną trzeba było pociągnąć instalacje, ale to dłuższa historia (pokrótce opisze ją w kolejnym planowanym wpisie – o metamorfozie przedpokoju). A więc znowu kucie, potem łatanie, wyrównywanie ścian. Wymienione zostały również płytki nad blatem. Po wielu rozważaniach, wybrałam w końcu najprostsze płytki typu metro, ale ułożone w nietypowy sposób czyli w jodełkę. Aby podkreślić ich ułożenie (oraz, nie oszukujmy się, ze względów praktycznych) wybrałam ciemnoszarą fugę. Uważam, że wyszło super i że świetnie współgra to ze stylem kuchni. W kuchni pojawiła się również granatowa lamperia – taka sama jak w przedpokoju, stanowi właściwie jej przedłużenie. Dobrze sprawdza się zwłaszcza przy stole i krzesłach, które są przy samej ścianie, bo na ciemnym kolorze nie widać tak bardzo plam i zarysowań powstałych na skutek odsuwania krzesła. Ciągle zastanawiam się jeszcze nad zakończeniem lamperii listwą, zarówno w kuchni jak i w przedpokoju, ale na razie może zostać tak jak jest. Lamperia kończy się na tej samej wysokości co płytki nad blatem i zaczynają się szafki górne.

Aby zwiększyć miejsce na blacie do przygotowywania posiłków, zrezygnowałam z czajnika elektrycznego na rzecz tradycyjnego, przeznaczonego na płytę kuchenną. Długo szukałam czajnika idealnego – zamawiałam aż 3 i dopiero ten ostatni został. Chciałam tylko, aby nie miał żadnych elementów z plastiku i najlepiej był w złotym kolorze… Wiecie, jak ciężko znaleźć czajnik bez plastiku? No, bardzo ciężko. No ale jest i bardzo dobrze mi się sprawdza, woda zagotowuje się w nim momentalnie i myślę, że jest też fajną dekoracją kuchni. Oprócz niego, na stałe na blacie jest ekspres kapsułkowy do kawy, który już miałam wcześniej, granitowy dozownik na płyn do mycia naczyń z miejscem na gąbkę, chlebak z takiego dziwnego materiału z recyklingu i biodegradowalnego (z Homli, bardzo fajnie mi się sprawdza, pieczywo naprawdę długo zachowuje w nim świeżość) oraz bambusowa deska do krojenia, która po prostu nie mieści się w żadnej szafce. Resztę staram się, w miarę możliwości, chować po użyciu na miejsce. Zabudowa kuchenna, jak widzicie i tak jest dość niewielka więc świetnie sprawdza mi się wózek z dodatkowym miejscem do przechowywania. Są w nim umieszczone podręczne przyprawy, oliwy, kasze, mąki w słoikach itp. W kuchni oczywiście musiał znaleźć się stół. Bardzo długo go szukałam, bo chciałam, żeby był cały z drewna, a większość które widziałam, miały nogi z drewna ale blat z płyty meblowej. Brałam pod uwagę również stoły z drugiej ręki, ale nie znalazłam idealnego. W końcu poszłam trochę na łatwiznę, bo znalazłam w Ikea osobny bambusowy blat (do biurka) oraz drewniane nogi. W sumie to jestem zadowolona z wyboru, stół jest większy niż miałam wcześniej, na spokojnie mogą przy nim zjeść cztery osoby a jak się odsunie od ściany, to w razie potrzeby sześć. Elementami, które w kuchni uwielbiam, są z pewnością krzesła. Są to moje wymarzone gięte krzesła, prawdopodobnie z fabryki w Radomsku, o których pisałam tutaj nie raz. W końcu udało mi się je znaleźć używane, w świetnym stanie i dobrej cenie. Także w kuchni jest ich cztery (w tym jedno trochę różniące się wyglądem od reszty, kupione wcześniej), ale posiadam ich więcej bo jeszcze sześć 😉 Uwielbiam te krzesła, przez giętką plecionkę są wygodne ale jednocześnie łatwe w czyszczeniu, w przeciwieństwie do krzeseł tapicerowanych. Oparcie mają świetnie wyprofilowane, pasują kolorem do stołu i, co tu dużo mówić, są po prostu piękne. Z mebli w kuchni to chyba wszystko, nie licząc drabiny, która stoi sobie schowana za lodówką 😉

A teraz dodatki. Zacznijmy od oświetlenia – tutaj zdecydowałam się na ikeowski klasyk czyli białą lampę z metalowym kloszem i złotymi dodatkami … Sprawdza się dobrze, chociaż trzeba mieć na uwadze, że przez metalowy klosz oświetla oczywiście tylko to, co jest pod nim (czyli np. górną część szafek już nie). Problem miałam z oknami w kuchni. Są tutaj jedno standardowe okno z dwoma skrzydłami 1,50 x 1,50 oraz jedno balkonowe, ze stopniem, ale kończące się na innej wysokości niż to drugie. Bardzo podobają mi się rolety rzymskie w kuchni, ale ze względu na okno balkonowe nie mogłam ich tutaj zastosować (musiałaby być montowana do okna, żeby mogło się otwierać, a tego nie chciałam). Tak więc postawiłam na zwykłe firanki – jedną krótką, abym miała swobodny dostęp do parapetu, ale aby też nie zasłaniała wiszących roślinek oraz druga długa, która zwinęłam w węzeł. Firanka jest bardzo prosta, w drobne kropki, wykończona delikatną koronką. Bardzo podoba mi się ten efekt, taki lekko retro. Jak już pisałam, w oknach zawisły na haczykach rośliny – oplątwa w szklanym pojemniku, pnącze w uroczej, plecionkowej osłonce na łańcuszku. W narożniku stanęła dostojna palma. Na parapecie mam kilka innych roślinek w białych ceramicznych, terakotowych i plecionkowych doniczkach. Kilka też puszcza pędy w białym wazonie z niebieskim motywem, widocznym na zdjęciu 😉 Na stole znajdują się niezbędne plecione podkładki oraz zazwyczaj wazon ze świeżymi kwiatami, które, w jakimkolwiek kolorze by nie były, wglądają cudnie na tle granatowej ściany. Powyżej, nad stołem znajduje się „galeria” – z pamiątkami z wycieczek w postaci talerzy, płytek i innych tego typu rzeczy, głownie z motywem koloru niebieskiego. Ten kolor oraz to, że większość zastawy stołowej (oczywiście z pchlich targów), mam z motywem niebieskiego, przesądziło tak naprawdę o kolorystyce pojawiającej się w całym mieszkaniu!

Nad czarnym wózkiem, w rogu kuchni zawisły trzy zwykłe, złote haczyki – na rękawicę kuchenną, ściereczkę i fartuch. Nad nimi zawisły kolejne, tym razem na suficie i służą do zawieszenie na nich doniczek z pnączami. Te, widoczne na zdjęciu, niestety trochę zmarniały w ciągu zimy i nie wiem, czy ją przetrwają, ale już hoduję ich zastępców 😉

Nad drzwiami wisi zwykły zegar w czarnej ramie. Chyba opisałam wszystko, co znajduje się w kuchni (no, może z wyjątkiem dokładnej zawartości szafek i lodówki ;)).

Jeśli chodzi o to, czy planuję jeszcze coś w niej zmieniać, to myślę nad chodnikiem pod stół, bo mam zwyczaj ściągania kapci (ech, jak ja nie lubię tego słowa), siedząc przy stole i przy podłodze z gresu jest mi trochę zimno. Wiem, że to średnio praktyczne rozwiązaniem w kuchni, w której co rusz coś skapnie lub spadnie, ale chyba i tak to mnie nie powstrzyma. Myślę też, że taki kolorowy chodniczek dodałby trochę życia, tej mimo wszystko, dość monochromatycznej kuchni. Może uda mi się znaleźć taki, który zmieściłby się do mojej pralki? To byłoby idealne rozwiązanie 😉 Więcej zmian na ten moment nie planuję, ale to się z pewnością zmieni, bo ja bez ciągłego zmieniania po prostu nie mogę żyć.

Jak Wam się podoba ta metamorfoza kuchni? Czy widzieliście metamorfozę sypialni (klik)? Planuję jeszcze pokazać Wam co nieco z mojego salonu, choć właściwie powinnam go nazwać pokojem dziennym, bo w nim też zaszło kilka zmian, bardzo ciekawych, moim skromnym zdaniem 😉

Pozdrawiam!

Zapraszam do podejrzenia poprzednich wpisów o planach aranżacyjnych:
Plany aranżacyjne sypialni
Plany na aranżację przedpokoju
Plany aranżacyjne do kuchni

Czytaj dalej...
Inspiracja tygodnia – wiklina, rattan, rafia

Inspiracja tygodnia – wiklina, rattan, rafia

Plecione, wiklinowe meble mogą wywoływać myśli o wylegiwaniu się na zewnątrz w upalne lato. Ale plecionki idealnie nadają się również do wnętrz. Choć znany jest od dawna, ten wdzięczny i urokliwy materiał w ostatnim czasie cieszy się szczególnym uznaniem jeśli chodzi o wystrój wnętrz (ale także modę – w sensie ubioru czy dodatków – tutaj odsyłam do wpisu o tym, czy moda i wnętrza idą ze sobą w parze). Na pewno wpływ na to ma ostatnio bardzo popularny styl boho ale także coraz większe pragnienie wprowadzania do wnętrz naturalnych materiałów.

Za co uwielbiamy meble i dodatki z wikliny, rattanu i rafii? Oprócz tego, że są to materiały naturalne, są również wielofunkcyjne – przez swoją główną cechę, czyli to, że są tkane, mogą występować w dowolnym kształcie i rozmiarze. Są przyjemne w dotyku, mają miły, charakterystyczny zapach i ciepły a zarazem neutralny kolor, dzięki czemu pasują do wielu wnętrz. Poza tym plecionki kojarzą nam się z jakimiś egzotycznymi miejscami, wakacjami, latem, słońcem – czyli tym, co chyba wszyscy lubią. Do produkcji plecionek używane są zazwyczaj naturalne materiały, a całość (np. w przypadku wikliny) pokrywana jest kilkoma warstwami lakieru dla ochrony i trwałości. Produkty z wikliny czy rattanu są trwałe, lekkie i odporne na wilgoć. Jeśli chodzi o pielęgnację – te materiały zaleca się czyścić miękką szmatką lub lekko wilgotną gąbką.

Czym właściwie są te materiały?

Wiklina – to młode pędy kilku gatunków wierzb, które po obróbce wykorzystywane są w wikliniarstwie (plecionkarstwie). Nazwa ta jest także zwyczajowym określeniem wierzby purpurowej. Wykorzystanie wikliny sięga czasów starożytnego Egiptu, materiał ten cieszył się również ogromną popularnością w wiktoriańskiej Anglii i Ameryce Północnej (np. w ogrodach zimowych i na werandach).

Lekka ale wytrzymała – wiklina jest idealnym materiałem na meble ogrodowe. Naturalna wiklina jest najlepsza do zadaszonych miejsc na zewnątrz, wystawiona na długotrwałe działanie słońca niestety szybko może ulec zniszczeniu. Wewnątrz wiklina nadaje wspaniały kontrast teksturalny – i wprowadza do wnętrza nieco luźniejszego klimatu. Z wikliny wykonuje się najróżniejsze meble i dodatki – od stolików, komód, foteli po osłony na doniczki, abażury lamp, pudełka, oprawy luster.

Rattan (rotang) – to ogólne określenie wielu gatunków palm pnących z rodziny arekowatych, spotykanych w lasach tropikalnych Azji Południowo-Wschodniej a także pozyskiwanego z nich surowca wykorzystywanego głównie w plecionkarstwie. Może być stosowany do mebli na kilka sposobów: zdrewniałe łodygi mogą być cięte na sekcje i kształtowane, podczas gdy bardziej miękki rdzeń może być tkany i przerabiany na wiklinę.

Rattan jest nie tylko niezwykle mocny i wytrzymały, może być bejcowany lub malowany podobnie jak każde inne drewno. Jako taki idealnie nadaje się do łączenia z innymi materiałami, np. drewnem.

Rafia – jest rodzajem palmy pochodzącej z tropikalnej Afryki. Włókna rafii (wykonane z żył liści) mogą być barwione i wplecione w tekstylia – następnie używane do wszystkiego, od kapeluszy i pojemników po poduszki, a nawet abażury.

Pięknie nieregularna tekstura rafii jest odmienna od innych materiałów. Rafia często jest używana do owijania drewnianych mebli, takich jak konsole lub stoliki nocne. Rafia może być farbowana niemal w dowolnym kolorze, przedmioty w jej naturalnym kolorze nadadzą bardziej przytulnego, boho klimatu.

W sklepach można teraz znaleźć mnóstwo plecionych przedmiotów. Ja jednak polecam polować na nie na pchlich targach czy w sklepach z używanymi rzeczami (no, może niekoniecznie jeśli chodzi o plecione kapelusze :)). Tam znajdziecie je w znacznie lepszych cenach, a przy tym będzie to bardziej ekologiczne, gdyż skorzystacie z produktów, które już są w obiegu.

Na zdjęciach powyżej – pleciona lampa (OBI) i pudełka (targ staroci) w mojej sypialni.

Ja również posiadam wiele rzeczy z wikliny czy rattanu. Są to m.in. pudełka, które mogliście zobaczyć we wpisie o metamorfozie sypialni, plecione osłonki na doniczki (moja ulubiona wisi w kuchni), czy abażur lampy w sypialni. Jedną z perełek wyszperanych w sklepach vintage jest piękna pleciona torebka z drewnianym zamknięciem w idealnym stanie.

Plecione kosze – ja używam ich jako osłony na doniczki: duży – Ikea, mały – Pepco.
Plecione z rafii podkładki na stół oraz siedziska i oparcia krzeseł w salonie i kuchni.
Ulubiona, pleciona retro torebka.

A czy Wy lubicie plecionki we wnętrach? Macie w swoich wnętrzach jakieś elementy z wikliny czy rattanu? Pochwalcie się w komentarzach 🙂

Źródła zdjęć: unsplash, moje zdjęcia.

Zapraszam do podejrzenia poprzednich wpisów z serii: Inspiracje tygodnia:
Inspiracja tygodnia – przydymiony granat
Inspiracja tygodnia – lamperia w nowoczesnym wydaniu
Inspiracja tygodnia – terakota we wnętrzach

Czytaj dalej...
Metamorfoza sypialni

Metamorfoza sypialni

Po wielu miesiącach remontu, wykańczania i dopełniania dodatkami, zapraszam Was dzisiaj na efekt (prawie) końcowy metamorfozy sypialni.
Z metamorfozy sypialni jestem bardzo zadowolona, jest to chyba moje ulubione pomieszczenie w całym mieszkaniu.

Oczywiście, pokój ten wciąż wymaga dopieszczenia – brakuje w nim jeszcze kilku drobnych elementów. Jednym z nich jest duże lustro, w którym można się w całości obejrzeć. Tak się składa, że mimo, iż w łazience i w przedpokoju są dwa, całkiem spore lustra, to nie można się w nich zobaczyć w całości, co mi trochę przeszkadza. Wcześniej, w sypialni stała szafa, która w środkowym panelu miała wbudowane lustro, ale musiałam się jej pozbyć, a co za tym idzie, również jedynego tak wysokiego lustra. W sypialni obecnie nie ma zbyt wielu miejsc, gdzie tak duże lustro mogłoby zawisnąć – zastanawiam się pomiędzy zawieszeniem go na drzwiach lub na ścianie na lewo od grafik, naprzeciwko szafki nocnej. Kolejne brakujące elementy sypialni to grafiki naprzeciwko łóżka i nad komodą oraz aranżacja ściany nad toaletką. Grafiki i ramki na nie już mam od dawna, ale… zgubiłam je. Makrama, która obecnie wisi na ścianie, gdzie ma być kompozycja z grafik, wyląduje prawdopodobnie nad komodą. Nad toaletką jest zawieszone małe lusterko, które akurat już posiadałam, ale docelowo ma zawisnąć nieco większe, bo to, choć wystarczające jeśli chodzi o wykonanie makijażu, wydaje mi się nieproporcjonalne względem toaletki. Koniecznie również chcę zamontować oświetlenie do toaletki, tak, abym mogła się bez problemu pomalować również, kiedy jest ciemno. Myślę o kinkiecie w kolorze złotym, z wtyczką do kontaktu, aby nie wiercić ścian. Chciałabym również dorzucić na ścianie nad toaletką jakieś elementy dekoracyjne, być może złoto-szklane półeczki z Ikei, jak w tej aranżacji biurka lub wiszące rośliny. Ostatnie dwa brakujące elementy, a raczej cztery, bo po dwa z każdej strony, to lampki nocne oraz chodniki po obu stronach łóżka. Obecnie, na szafkach nocnych są tymczasowe, dwie różne lampki, które już posiadałam w „starej” sypialni. Chciałabym je kiedyś wymienić na dwie takie same, zastanawiam się również nad takimi zwisającymi z sufitu, ale również z wtyczką do kontaktu. Dywaniki, które są obecnie, wydają mi się nieco za małe, drażni mnie, że ciągle się zwijają, chciałabym coś większego ale nie spieszę się z tym. Lubię urządzać dane wnętrze powoli, aby obyć się z elementami, które już są i na spokojnie zastanowić, co mi się sprawdza, co nie, co chcę wymienić, odjąć lub dodać.

Zaczęłam trochę od tyłu, pisząc o tym, czego jeszcze brakuje więc wróćmy teraz do tematu głównego, czyli tego, co już jest i jak się sprawdza 🙂
Tak, jak pisałam wcześniej w tekście o planach metamorfozy, nowa sypialnia powstała w pomieszczeniu, gdzie wcześniej było biuro/garderoba/schowek. Pokój ten wymagał odświeżenia i zakupu całkiem nowego wyposażenia. Został więc odmalowany na kolor biały, a stara, niemodna już tapeta, została wymieniona na nową – delikatne, błękitne motywy roślinne na kremowym, prawie białym tle. Tapeta jest przepiękna, moim zdaniem, listki w zmieniającym się od jasnego do ciemnego kolorze niebieskiego, wyglądają jak namalowane akwarelą. Tapeta nie tylko urozmaica neutralne, białe ściany, ale również dodaje jej nieco romantyczności, delikatności i przytulnej atmosfery, właściwej tylko pomieszczeniom o tej funkcji. Na połączeniu ścian z sufitem pozostały położone uprzednio listwy przysufitowe, a przy podłodze białe, podłogowe z MDFu.

Jedynymi meblami, które miałam już wcześniej kupione do sypialni były vintage’owe szafki nocne oraz stara szafa o zaoblonych brzegach, pokazana w kolażu w jednym z poprzednich wpisów.

Szafki nocne, wypatrzone na pchlim targu, bardzo mi się podobały i wiedziałam, że muszą się znaleźć w nowej sypialni. Są one praktycznie nic niezniszczone – z szufladą u góry i szafką na dole. Są bardzo zgrabne w kształcie, mają nóżki nadające lekkości i piękne, retro uchwyty w ciemnozłotym kolorze. Stanowiły one bazę pod resztę wyposażenia wnętrza. Do nich zostało dobrane łóżko – na początku wahałam się pomiędzy łóżkiem z drewnianą a tapicerowaną ramą, ale ostatecznie jedna i druga odpadły – nie mogłam znaleźć drewnianej pasującego do koloru szafek nocnych, a jeśli chodzi o tapicerowaną, to bałam się użytkowania. Jestem osobą, która lubi do czytania książki w łóżku przygotować sobie małą przekąskę lub herbatę – co będzie jeśli coś wylałoby się na zagłówek? Wybrałam rozwiązanie bardziej funkcjonalne: białą ramę metalową z Ikei. Jest to bardzo prosta (i niedroga) rama, o krzyżujących się ukośnie prętach w zagłówku, która wprawdzie nie robi efektu „łał”, ale wydaje mi się, że dobrze wpisuje się w to wnętrze. Może zagłówek nie jest tak wygodny, jaki byłby zagłówek tapicerowany, ale nie przeszkadza mi to jakoś bardzo, zawsze na łóżku jest kilka poduszek, które nie pełni jedynie funkcji ozdobnej. Za to łóżko, przez swoją konstrukcję i kolor, jest lekkie, ażurowe, nieprzytłaczające, nie ma też ramy na dole, na czym mi bardziej zależało. Pomieszczenie to ma raptem nieco ponad 10m2 i nie chciałam go dodatkowo pomniejszać masywnym łóżkiem, które i tak zajmuje większość powierzchni. Z pozostałych, niezbędnych w sypialni mebli, oczywiście znajduje się tu szafa. Najpierw była tu, wspomniana wyżej, stara, biała szafa z lustrzanym panelem pośrodku, jednak wiedziałam, że będę ją wymieniać. Potem zagościła tu na chwilę stara szafa z innego pokoju, ale wydawała mi się zbyt ciężka i ciemna dla mojej koncepcji tego wnętrza. Poza tym miała normalnie otwierane skrzydła, a jak się okazało, plan planem, a rzeczywistość jest jak zawsze nieco inna, i w takim wypadku nie zmieściłabym już tutaj mojej wymarzonej toaletki. Dlaczego? Bo szafki nocne miały większą niż standardowa szerokość i jedyna możliwość, aby zmieściła się choćby malutka toaletka, to wtedy, gdy byłyby dosunięte do samej szafy, a co za tym idzie, szafa musiałaby mieć drzwi przesuwne zamiast otwieranych. Powstał więc nowy plan, związany z wymianą szafy. Wtedy zaczęłam się zastanawiać nad szafą robiona na wymiar, do samego sufitu, z wnętrzem zaprojektowanym i wykonanym dokładnie pod moje potrzeby i byłoby to idealne wyjście, ale…bałam się tego rozwiązania z powodu kształtu sypialni. Jedyna ściana, na której mogłam ustawić szafę jest już i tak wcięta i wstawiając masywną szafę wnękową w tym miejscu, stworzyłby się dziwny, długi tunel przy wejściu. Z tego też powodu zdecydowałam się na standardową szafę. Idealny, drewniany, bejcowany na biało model znalazłam w Ikei, i co najlepsze, podczas wizyty w tym sklepie w zupełnie innym celu, znalazłam tę właśnie szafę na dziale przecen za 50% oryginalnej ceny… Szafa jest dużo węższa niż ściana, przy której stoi, dzięki czemu obok niej zmieściła się jeszcze wysoka, wąska komoda, która wcześniej stała w salonie. Komoda jest nieco płytsza niż szafa, obie są na wysokich nóżkach i nie są wysokie do sufitu, co sprawiło, że nie wyglądają tak ciężko, jak wyglądałaby szafa wnękowa i nie przytłaczają sypialni. Niestety, musiałam przez to nieco przeorganizować moją garderobę, ale z drugiej strony mam teraz limit ubrań, wszystkie są pod ręką i zawsze mam co na siebie włożyć 😉

A tak naprawdę, reszta, czyli zimowe kurtki latem i letnie ubrania zimą, mieści się w pojemnikach pod łóżkiem.

I tak oto dochodzimy do mojego ulubionego mebla w tym pomieszczeniu czyli wymarzonej toaletki. Toaletka została zrobiona dla mnie na wymiar, zamówiłam ją przez Internet, wysyłając zapytanie o taką możliwość do firmy, która sprzedawała gotowe meble, ale żaden z nich mi do końca nie odpowiadał. Koszt nawet nie był dużo wyższy od gotowych konsol i toaletek, które sprzedawali. Podałam dokładne wymiary, materiały, z których chciałam, żeby była zrobiona i na koniec, po zastanowieniu, dodałam szuflady pod blatem, które może nieco odejmują jej elegancji, ale za to są bardzo praktyczne. Po miesiącu dostałam mebel i jestem z niego bardzo zadowolona. Toaletka jest taka, jak chciałam – na stalowy stelażu, pomalowanym na złoty kolor, bez poprzeczki z przodu, dzięki czemu można dosunąć siedzisko i, przede wszystkim, z pięknym blatem, z naturalnego marmuru. Do toaletki dokupiłam stołeczek – pufę na promocji w Homli (a właściwie kupiłam ją dużo wcześniej i już czekała na toaletkę) obitą granatowym aksamitem i na złotych, metalowych nóżkach, idealnie pasujących do konstrukcji toaletki.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o meble, które mieszczą się w mojej sypialni. Niestety, musiałam zrezygnować z fotela do czytania, bo po prostu nie ma tam już dla niego miejsca.

Przejedźmy do najlepszego, czyli dodatków. Jednym z większych, od razu rzucających się w oczy, są piękne zasłony z domieszką lnu w kolorze zgaszonego granatu, spływające na podłogę. Wiem, że nie wszystkim podoba się taka długość zasłon, ale po kilku miesiącach użytkowania, muszę stwierdzić, że to wcale nie przeszkadza, nie zbierają jakoś specjalnie kurzu z podłogi ani kociej sierści, a przy sprzątaniu po prostu je podnoszę. Za to dają efekt dużo bardziej ciepły i elegancki niż standardowa długość zasłon. Polecam! Materiał, zarówno na delikatne firanki w drobne kropki jak i na zasłony, został kupiony w Ikei i zostały one obszyte przez moja kochana babcię. Choć na początku miałam plan powiesić jasne zasłony, to jednak, kiedy zobaczyłam te, zakochałam się w nich, ich kolorze – idealnie pasującym do motywu na tapecie oraz fakturze lnu. Nie żałuje mojego wyboru. Dodatkowo, tak ciemne zasłony izolują od światła zewnętrznego, także sprawdzą się idealnie dla każdego, komu przeszkadza blask ulicznych latarni czy światło z okien sąsiadów. Innym ważnym dodatkiem jest sufitowa lampa i tu już kupiłam taką, zgodna z moim pierwotnym planem, czyli z naturalnej plecionki. Długo szukałam idealnej – jedne były za duże, drugie przepuszczały za mało światła. Ta została kupiona w którymś z marketów budowlanych, zdaje się, że w OBI. Wydaje mi się, że pasuje idealnie do tego wnętrza i świetnie komponuje się z innym dodatkiem, lekko w stylu boho, czyli makramą wiszącą naprzeciwko łózka. Makrama została kupiona w Homli. Docelowo chyba zawiśnie nad komodą, ustępując miejsca reszcie grafik, o których pisałam wcześniej. Obok makramy na razie wisi grafika z obrazem Matisse’a przywieziona ze sklepu muzealnego z NY oraz zdjęcie, które tez tu raczej nie zostanie, bo nie pasuje mi kolorystycznie do obrazu Matisse’a i innych grafik,które maja się tu znaleźć. Lusterko nad toaletką zostało kupione już dawno temu w Kiku i początkowo było w innym pomieszczeniu. Szklane pudełko stojące na toaletce jest z H&M Home, bordowy kuferek na biżuterię z Biedronki sprzed kilku lat, a marmurowy świecznik i mosiężna muszelka na drobiazgi z pchlego targu. Wydaje mi się, że wszystkie te rzeczy pasują tu idealnie. Całość sypialni została utrzymana w biało-granatowej kolorystyce, z dodatkiem drewna, plecionki i złota. Po kilku miesiącach stwierdziłam jednak, że brakuje tu jakiegoś przełamania i dodałam kilka bordowych dodatków jak kuferek, doniczki (Ikea), bordowe, aksamitne poduszki na łóżko oraz białe w bordowe kwiaty (również Ikea). Dopełnieniem kompozycji poduszkowej jest okrągła, granatowa, aksamitna poduszka z Jyska. Teraz tego typu poduszki widuję wszędzie, wydaje mi się, że będą hitem w nadchodzącym sezonie. Oprócz bordowych doniczek, na parapecie są jeszcze dwie z plecionki z pchlego targu. I tu taki mała podpowiedź dla Was – jeśli szukacie dodatków z plecionki to na pchlich targach można ich znaleźć całe mnóstwo, za to w cenach kilkukrotnie niższych niż w sklepach z nowymi rzeczami. Na razie na parapecie mam dość mizerne roślinki, jedne dopiero zasadzone z sadzonek, inne nieco obgryzione przez koty, ale mam nadzieje, że z czasem się to zmieni. Okazem, z którego jestem dumna, jest wysoka mandarynka stojąca w rogu pokoju, o moim wzroście, którą hoduje ok. 15 lat z ziarnka mandarynki! Pozostałymi dodatkami są świeczki, świeczniki i wiszące światełka. Część pochodzi z sieciówek (świece zapachowe, girlandy z lampkami-gwizdkami) i tu nie ma się co rozwodzić, mosiężne świeczniki na wysokie świece z pchlego targu (kolejna podpowiedź – na pchlich targach można znaleźć mnóstwo ciekawych przedmiotów z mosiądzu) oraz piękna, krakowska kamienica – latarenka z jarmarku świątecznego w Krakowie.

I to chyba wszystko, jeśli chodzi o stan dzisiejszy sypialni. Jak zapowiedziałam na początku, z pewnością będzie ona się jeszcze zmieniać z czasem. Trochę obawiałam się publikacji tego wpisu, mam nadzieję, że metamorfoza Wam się spodoba 🙂 W kolejnych wpisach mam zamiar przedstawić Wam efekty metamorfoz kuchni i przedpokoju a także może nieco pokazać, jak wygląda mój salon, który przy okazji tych remontów, też przeszedł mały lifting.

Do następnego!

Zapraszam do podejrzenia poprzednich wpisów o planach aranżacyjnych a już niedługo nowa odsłona przedpokoju:
Plany aranżacyjne sypialni
Plany na aranżację przedpokoju
Plany aranżacyjne do kuchni

Czytaj dalej...